… ich ambicje powinny ogarnąć świętymi pragnieniami rozległy obszar całej ziemi.

Święty Eugeniusz de Mazenod i misje zagraniczne

W bieżącym roku, my oblaci, obchodzimy 150. rocznicę śmierci naszego Ojca Założyciela, św. Eugeniusza de Mazenoda oraz 200 rocznicę jego kapłańskich święceń. Takie okrągłe rocznice dają okazję, aby na nowo spojrzeć na tego, który wytyczył nam drogę. Nic więc dziwnego, że w Zgromadzeniu organizowane są różne spotkania, konferencje czy sympozja poświęcone postaci św. Eugeniusza. Również w naszym Seminarium takie sympozjum będzie miało miejsce za niespełna miesiąc. Uroczysta inauguracja roku formacyjnego w Obrze też jest dobrą okazją, aby przybliżyć szanownemu gremium naszego świętego Ojca. Obrzańskie Seminarium określane jest jako misyjne. I słusznie, ponieważ jego absolwenci wyruszają stąd z misją, jaką otrzymują od Kościoła. Bardzo często misja ta jest wykonywana za granicą. Stąd temat mojego wykładu: Święty Eugeniusz de Mazenod i misje zagraniczne.

W czasie uroczystości beatyfikacyjnych Eugeniusza de Mazenoda – 19 października 1975 r. – papież Paweł VI nazwał go pasjonatem Jezusa Chrystusa i bezwarunkowo oddanym Kościołowi. Natomiast w czasie kanonizacji, która miała miejsce w Rzymie 3 grudnia 1995 r. bł. Jan Paweł II nazywając św. Eugeniusza człowiekiem adwentu, podkreślił, że bardziej niż inni miał on świadomość, iż zadaniem każdego biskupa i każdego partykularnego Kościoła jest troska o realizację Chrystusowego polecenia: Idźcie i nauczajcie wszystkie narody. Oto dlaczego oblaci z Misjonarzy Prowansji stali się misjonarzami świata.

Zakładając w 1816 r. nasze Zgromadzenie, młody ksiądz de Mazenod chciał ratować spustoszony przez rewolucję francuską Kościół w swojej rodzinnej Prowansji. Z czasem Misjonarze Prowansji przekroczyli granice swojego regionu, bo cały francuski Kościół wołał wielkim głosem do sług swoich. Nazwa Misjonarze Prowansji na krótko została zmieniona na Misjonarze św. Karola, aby w roku 1826, w roku papieskiego zatwierdzenia, przyjąć formę ostateczną: Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej.

Misje zagraniczne przyjął św. Eugeniusz stosunkowo późno, gdy już był biskupem Marsylii, 25 lat po założeniu Zgromadzenia. Bezpośrednią okazją na zaangażowanie oblatów poza Francją była wizyta ks. bp Ignacego Bourgeta, biskupa Montrealu, który szukając misjonarzy do pracy w swojej rozległej diecezji, zatrzymał się w Marsylii i 20 czerwca 1841 r. przedstawił Biskupowi Marsylii tragiczną sytuację personalną swojej diecezji i potrzeby zarówno katolików jak i ludności tubylczej, głównie Indian. Poruszony opowiadaniem Gościa, Ojciec Założyciel uznał, że nadszedł czas, aby wyjść poza Francję i odpowiedzieć na naglące potrzeby za oceanem. Po konsultacji współbraci, którzy jednogłośnie i z entuzjazmem poparli tę nową inicjatywę, bp de Mazenod tak pisał do Biskupa Montrealu: Nie zapomniałem o sprawie, która tak bardzo leży Księdzu Biskupowi na sercu i wobec której nie mogłem pozostać obojętny… Spieszę więc, aby poinformować Ekscelencję o wyniku moich inicjatyw. Ponieważ idzie o misję nadzwyczajną czułem się zobowiązany poznać opinię mojego Zgromadzenia. Odpowiedź była pozytywna i jednomyślna. Teraz spośród mężów o dobrej woli i wielkim oddaniu musimy wybrać pierwszych kandydatów. Zrobimy to, gdy Ekscelencja będzie wracał (z Rzymu), ponieważ wtedy będzie okazja, aby ponownie sprawę omówić (16.07.1841).

Już 29 września tegoż 1841 r. pierwsza grupa misjonarzy (4 ojców i 2 braci) otrzymała obediencję do Kanady, aby dwa miesiące później – 2 grudnia – stawić się na biskupstwie w Montrealu. Wysłanie misjonarzy do Kanady okazało się dla oblatów momentem przełomowym: dało początek ekspansji geograficznej Zgromadzenia, pomnożyło oblackie powołania oraz uwyraźniło i pogłębiło pierwotny charyzmat o misje zagraniczne. Jakże wymowne są liczby: w roku wyjazdu do Kanady, czyli 25 lat od założenia Zgromadzenie liczyło 55 członków; 20 lat później – w roku śmierci O. Założyciela, czyli 150 lat temu – oblatów było prawie dziesięć razy więcej! W roku 1841 oblaci byli tylko jednym kraju; w roku 1861 byli już na trzech kontynentach.

Otwarcie na misje zagraniczne nie było czymś nagłym. Od dłuższego czasu ta idea nurtowała de Mazenoda i jego towarzyszy. Bardzo znamienny jest bowiem zapis w pierwszej Regule z 1818 r., którego część włączyłem do tematu mojego wykładu: Choć obecnie, z uwagi na zbyt szczupłą ich liczbę oraz bardziej naglące potrzeby otaczającego ich ludu, muszą na razie ograniczyć swą gorliwość do ubogich naszych wiosek i miast, to jednak ich ambicje powinny ogarniać świętymi pragnieniami rozległy obszar całej ziemi. Ta sama idea pojawia się w liście z 2 stycznia 1826, pisanym do kard. Karola Pediciniego, który pilotował w Watykanie sprawę papieskiego zatwierdzenia Zgromadzenia i jego Reguł: Niektórzy członkowie Zgromadzenia pojechaliby chętnie głosić Ewangelię poganom. Gdy więc będą liczniejsi przełożeni będą mogli wysłać ich do Ameryki, aby wspierali biednych katolików pozbawionych dóbr duchowych oraz aby zatroszczyli się o pozyskanie nowych wiernych. Pięć lat później, w czasie Kapituły generalnej 1831 r., jednogłośnie przyjęto uchwałę, która upoważniała O. Założyciela do wysłania niektórych misjonarzy na misje zagraniczne, gdy tylko on uzna, że pojawiła się właściwa okazja. Tak naprawdę od tego momentu rozpoczęło się wyczekiwanie na tę właściwą okazję.

Ekspansja misyjna

Decyzja o przyjęciu przez Zgromadzenie misji zagranicznych nie była dla bpa de Mazenoda aktem czysto ludzkim, ale nowym odczytaniem woli Bożej. Ta, objawiła się w spotkaniu z Kanadyjskim Biskupem: jakaś dziwna jedność ducha ze współbratem w biskupstwie oraz głębokie wzruszenie wobec misyjnych potrzeb spowodowały, że św. Eugeniusz uznał, że nadeszła ta właściwa, słuszna okazja, która – zresztą – od razu została odczytana jako otwarcie bramy ku nowym zadaniom oblatów. W liście do o. Honorata, mianowanego przełożonym wyjeżdżających do Kanady, O. Założyciel pisał: Montreal jest tylko bramą, która prowadzi naszą rodzinę ku zdobywaniu dusz w różnych krajach (9.10.1841). I rzeczywiście w tym samym roku powstaje fundacja w Anglii; trzy lata później oblaci będą już na zachodzie Kanady, w diecezji św. Bonifacego, skąd wyruszą do pracy misyjnej wśród Indian i Eskimosów. W roku 1847 powstaną fundacje w Stanach Zjednoczonych i na Cejlonie (obecna Sri Lanka),a w następnym roku będzie Algieria i wreszcie, w 1851 r., – Południowa Afryka.

Ten trud rozeznawania woli Bożej i naglących potrzeb Kościoła, który czasem był prawdziwym wewnętrznym zmaganiem, jest bardzo widoczny w decyzji o wycofaniu oblatów z Algierii i posłaniu ich do Południowej Afryki. Oto zapis z Dziennika Eugeniusza de Mazenoda; pod datą 27 i 28 marca 1850 roku zapisał: Z Propagandy [dzisiejsza Kongregacja Ewangelizacji Narodów] otrzymałem list, który wymaga ode mnie szczególnej uwagi. Monsinior Barnabo informuje mnie, że Kongregacja chce nam powierzyć nowy wikariat apostolski w południowej Afryce, obejmujący tereny na wschód od Przylądka Dobrej Nadziei zwane Ziemią Natalu… To wielka sprawa wymagająca zastanowienia się oraz Światła z Góry. Nasz obecny stan wskazuje na niemożliwość przyjęcia tej propozycji. Wszakże niewątpliwie pochodzi ona od Boga. Nikt z nas tego nie planował, a przychodzi to do nas drogą właściwą dla Kościoła. Aby dać odpowiedź trzeba stanąć w obecności Boga: idzie przecież o zbawienie dusz. Propozycja Kościoła jest więc wezwaniem do wypełnienia podstawowego obowiązku naszego Instytutu, a to oznacza, że faktycznie propozycja ta pochodzi od Boga. Jak odpowiedzieć? Chyba widzę rozwiązanie: właśnie doszliśmy do wniosku, że praca, jaką obarczono naszych misjonarzy w Algierii nie jest posługą, którą powinniśmy wypełniać. Sposób patrzenia miejscowego biskupa ma mało wspólnego z naszym duchem: choć zobowiązał się on powierzyć nam w misję angażującą wspólnotę w nawracanie wyznawców islamu, wnet odstąpił od tego zobowiązania i uczynił naszych ojców zwyczajnymi proboszczami w małych wioskach… Znaczy to, że nasi ojcowie w Algierii nie są na swoim miejscu. I oto jawi się nowa perspektywa: opuszczając Algierię będziemy mogli przyjąć misję proponowaną nam przez urząd Głowy Kościoła, misję, która jest w najwyższym stopniu zgodna z duchem naszego Instytutu i z celem naszego Zgromadzenia.

Ekspansja Zgromadzenia, to nie tylko entuzjazm związany z realizacją misyjnego nakazu Chrystusa; to także ogrom trudności i niesamowita odwaga misjonarzy. Na kraje, które wymieniłem nie można patrzeć przez pryzmat teraźniejszości. Pamiętać trzeba, że jesteśmy w połowie XIX wieku. Trzeba było pokonywać olbrzymie odległości, a środki transportu były wówczas nadzwyczaj ubogie: nogi, koń psi zaprzęg… Klimat czy to lodów polarnych czy to płomieni południa wymagał niesamowitego hartu ducha i fizycznej odporności. Misjonarzom brakowało doświadczenia; często byli bardzo młodzi, tyle co wyświęceni, a czasem – jak np. bł. O. Józef Gerard – wzięci spośród członków odbywających jeszcze formację pierwszą. Warto ponadto zauważyć, że odpowiedź miejscowych ludów wcale nie była proporcjonalna do misyjnej gorliwości oblatów.

Duszą misyjnej ekspansji i misyjnego dynamizmu był sam O. Założyciel: podtrzymywał na duchu misjonarzy, rozpalał ich gorliwość, zachęcał do nowych inicjatyw. Dlatego chciał być informowany o wszystkim. Sam, poprzez listy, utrzymywał osobisty kontakt ze swoimi duchowymi synami i zapewniał o bliskości duchowej, której doświadczał na modlitwie, szczególnie przed Najświętszym Sakramentem. Zapewniał o tym misjonarzy i zachęcał ich do wzajemności. Oto fragment jednego z listów pisanych o. Lacombe’a bohaterskiego misjonarza kanadyjskiej północy: Nie ma Ojciec pojęcia jak bardzo jestem zatroskany przed Bogiem o naszych misjonarzy znad Rzeki Czerwonej. Mam tylko ten jeden środek, aby się do nich przybliżyć: tam, przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie wydaje mi się, że was widzę, że was dotykam. Jestem przekonany, że i wy często jesteście tam, w Jego obecności. I tak spotykamy się w tym żywym centrum, miejscu naszej komunii (6.03.1957).

Troska o misjonarzy i o Zgromadzenie nie powodowała zaniedbań w prowadzeniu Kościoła marsylskiego. Potrzeba ewangelizacji ludów nie przysłoniła potrzeby reewangelizacji lub – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – nowej ewangelizacji zaniedbanych chrześcijan. Niewątpliwie te dwa rodzaje ewangelizacji były priorytetem jego biskupiej posługi. Pozostawał więc ciągle uważny na ubogich, opuszczonych, samotnych, emigrantów (dewiza, którą wpisał w herb Zgromadzenia – Evangelizare pauperibus misit me – stała się jego dewizą biskupią). W szybko rozrastającej się Marsylii tworzył nowe parafie, zachęcał do tworzenia kościelnych stowarzyszeń, sprowadzał do diecezji różne zakony, aby tylko możliwie do wszystkich dotrzeć z Chrystusowym przesłaniem.

Fakt, że będąc biskupem Marsylii, pozostawał dalej generalnym przełożonym misyjnego Zgromadzenia sprawił, że marsylski Kościół otrzymał wymiar misyjny. Biskupowi Eugeniuszowi udało się wzbudzić w swoich diecezjanach zainteresowanie Kościołem powszechnym oraz troskę o zbawienie ludów. Czytając jego listy pasterskie łatwo można odkryć, że oprócz tematów typowo duszpasterskich związanych z Pismem św., liturgią, katechezą, moralnością są tam poruszane także sprawy wykraczające poza Prowansję czy nawet Francję. I tak, między innymi pisał do swoich wiernych o sytuacji Kościoła w Hiszpanii, o nadziejach ekumenicznych w Anglii, o zarazie w Kanadzie, o głodzie w Irlandii, o wygnaniu Papieża do Gaety…

Uwyraźnienie charyzmatu

Zrobiłem ten excursus o marsylskim Kościele, aby pokazać jak w sercu Eugeniusza de Mazenoda tworzyły jedność reewangelizacja i ewangelizacja. Wszystko to świadczy o tym, że misje zagraniczne, które pojawiły się w Zgromadzeniu czasowo później, nie są dodatkiem do pierwotnego charyzmatu, ale jego uwyraźnieniem, pogłębieniem. W misjach zagranicznych pierwotny charyzmat oblacki znalazł po prostu nowe formy wyrazu. Ewangelizacja nie-chrześcijan jawiła się O. Eugeniuszowi misja bardziej radykalna niż reewangelizacja wspólnot zdechrystianizowanych. Od misjonarzy ad extra, a szczególnie ad gentes wymagać się będzie niewątpliwie większej wspaniałomyślności i większego poświęcenia, większej ofiary. Kroczenie po śladach Apostołów, które ma cechować oblata, to już nie tylko naśladowanie ich cnót i ich przepowiadania, ale w ogóle ich życia w kontakcie ze światem pogan. To oni, nie znający Chrystusa, są najbardziej ubodzy, najbardziej opuszczeni. Zauważmy: dewiza Evangelizare pauperibus misit me pozostaje niezmieniona.

Podczas gdy we Francji głównym zadaniem ewangelizacji było ożywienie gasnącej wiary, na misjach zagranicznych oblaci mieli wiarę wzbudzać. Ilustruje to list O. Założyciela do o. P. Ricarda misjonarza w Oregonie u wybrzeży Pacyfiku: Nie muszę ci pisać jak wspaniała w oczach wiary jest posługa, która stoi przed wami. Aby znaleźć coś podobnego trzeba się cofnąć do kolebki chrześcijaństwa. Jesteście niczym Apostołowie i te same cuda, które ongiś dokonywały się przez pierwszych uczniów Jezusa Chrystusa, powtórzą się obecnie dzięki wam, moi drodzy synowie, których Opatrzność wybrała spośród wielu innych, aby głosić dobrą nowinę niewolnikom demona, którzy nie znając Boga tkwią w ciemnościach bałwochwalstwa (8.01.1841). Zaś kilka lat później do tego samego misjonarza napisze: W porównaniu do naszych europejskich misji, te zagraniczne mają swój własny i wznioślejszy charakter, gdyż stanowią prawdziwy apostolat polegający na głoszeniu Dobrej Nowiny ludom, które nie zostały jeszcze wezwane do poznania prawdziwego Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa naszego Pana. Jest to więc misja Apostołów: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. Trzeba, aby to nauczanie dotarło aż do ludów najbardziej dalekich, aby i one mogły się odrodzić w wodach chrztu. Wy jesteście tymi, do których Jezus Chrystus skierował tamte słowa i powierzył wam misję jak ongiś Apostołom, których posłał, aby nawracali naszych ojców. Pod tym względem – i to jest prawdą – nie ma posługi wznioślejszej nad tę, którą wykonujecie wy i inni nasi ojcowie wyniszczający się w lodowatych regionach szukając pogan, których trzeba zbawić (6.12.1851).

Niecierpliwość apostolska

Dla bpa de Mazenoda głównym celem misji zagranicznych wśród nie-chrześcijan było głoszenie Ewangelii zmierzające ku nawróceniu do Chrystusa. Gdy widział, że, na przykład w Algierii, było to niemożliwe – misjonarzy wycofał. Posyłając misjonarzy na misje zagraniczne św. Eugeniusz nie posyłał ich do pracy charytatywnej, ani po to, aby zajmowali się żyjącymi tam katolikami, choć a priori tego nie wykluczał i gdy trzeba było dostrzegał potrzebę, a nawet konieczność duszpasterstwa parafialnego. Chciał jednak, aby przede wszystkim ich wysiłki były skierowane na nawracanie pogan. Podstawowym narzędziem w wykonywaniu tego zadania było głoszenie słowa Bożego. Było to więc to samo narzędzie, którym posługiwali się misjonarze głoszący misje parafialne w Europie. Z niecierpliwością wyczekiwał owoców misyjnej posługi: świadczą o tym listy pisane do misjonarzy.

Niespełna dwa lata po przybyciu na Cejlon, o. E. Semeria, przełożony tamtejszych oblatów otrzymał taki list: Za mało informujesz mnie o waszym sposobie bycia, waszego mieszkania, waszej posługi. Kiedy wreszcie rozpoczniecie nawracać niewierzących? Czy aby nie staliście się na tej wyspie duszpasterzami starych chrześcijan? Wierzę jednak, że zabiegacie o nawrócenie pogan: to główny powód naszego tam istnienia. Marnych chrześcijan mamy dosyć w Europie i nie trzeba ich szukać w odległych krajach (21.02.1849).

Ta apostolska niecierpliwość przejawiała się jeszcze bardziej w stosunku do misji prowadzonych w Południowej Afryce. Sześć lat po rozpoczęciu misji w południowoafrykańskim Natalu, do bpa J.F. Allarda, wikariusza apostolskiego pisał: Napawa smutkiem ten ciągły brak sukcesów waszej misji wśród Kafrów. Mało jest przykładów podobnej niepłodności. Czy to możliwe, żeby żaden z tych biednych pogan, do których zostaliście posłani nie otworzył oczu na światło, jakie im niesiecie? Trudno mi o znalezienie pociechy, bo przecież nie zostaliście posłani dla garstki heretyków, którzy zamieszkują ten kraj. Wy zostaliście posłani do Kafrów. To ich nawrócenia oczekuje Kościół, który wam powierzył świętą posługę. To ku Kafrom powinny być zwrócone wasze myśli i wasze plany. Trzeba, aby wszyscy nasi misjonarze zrozumieli to i byli do tego przekonani (30.05.1857). Jeszcze mocniejsze słowa przeczyta wspomniany oblat pół roku później: Muszę przyznać, że twoje listy napawają bólem. Aż dotąd wasza misja jest misją nieudaną. Mówiąc szczerze: nie wysyła się wikariusza apostolskiego i pokaźną liczbę misjonarzy, aby troszczyli się o kilka rozproszonych osad starych katolików. Jeden misjonarz wystarczyłby do obsłużenia tych chrześcijan. A jest sprawą oczywistą, że utworzono tam wikariat ze względu na Kafrów. I oto już jesteśmy tam od kilku lat, a wy zajmujecie się nie wiem czym (10.11.1857). Gorliwemu o. J. Gerardowi de Mazenod napisze: Trzeba wejść w głąb tych pogańskich plemion. Wierzę, że jeśli spotkacie takie, które nie było jeszcze indoktrynowane przez heretyków i nie miało relacji z białymi, to owoce waszej pracy będą lepsze. Nie zapominajcie o tym, że jesteście posłani, aby zdobywać dusze; musicie więc zaatakować przeciwnika po jego ostatnie szańce. Zwycięstwo zostało obiecane tym, którzy wytrwają do końca… Więc nie zniechęcajcie się. Nadejdzie czas, kiedy to miłosierna łaska Boga dokona swoistej eksplozji i powstanie Kościół Kafrów. (4.09.1860).

Podobnie jak misje głoszone w porewolucyjnej Francji, tak i misje wśród pogan były widziane jako walka z mocami ciemności; O. Założyciel był konsekwentny w realizowaniu tego, co zapisał w pierwszej Regule: zadaniem oblatów jest pouczać ludzi kim jest Chrystus, wyrywać ich z mocy szatana i pokazywać im drogę do nieba. A wracając do cytowanego przed chwilą tekstu: Nadejdzie czas, kiedy to miłosierna łaska Boga dokona swoistej eksplozji i powstanie Kościół Kafrów warto zauważyć, że to swego rodzaju proroctwo wypowiedziane w 1860 roku spełniło się cztery lata później na ziemi Basutholandu, dzisiejszego Lesotho. Bp Allard i O. Gerard opuścili ziemię Natalu i udali się do Basutholandu, gdzie miejscowy król pozwolił im na misyjną działalność. Wnet przyszły nawrócenia, które z czasem rozszerzyły się na całą Południową Afrykę.

Ku najbardziej opuszczonym

Kościół dla św. Eugeniusza to dziedzictwo Zbawiciela nabyte przez Niego za cenę Krwi. Kochać Kościół znaczyło być gotowym poświęcić siebie dla zbawienia dusz (Przedmowa do KKiRR). Jeśli bowiem Chrystus oddał życie za ludzkie dusze (dzisiaj powiedzielibyśmy za ludzi) to i apostoł musi być gotów uczynić to samo. Ewangelizacja ubogich znaczy więc tyle, co zabieganie o zbawienie dusz, które trwały w grzechu i niewiedzy. Stąd pragnienie, aby dosięgnąć nawet tych najdalszych, tych, którzy najbardziej potrzebowali Bożego miłosierdzia. Poprzez misje zagraniczne oblaci mogli dotrzeć i przyczynić się do nawrócenia najuboższych, najbardziej dalekich, czyli nie-chrześcijan. [Nie można zapomnieć, było jeszcze daleko do Soboru Watykańskiego II, więc de Mazenod był przekonany, że zbawienie można osiągnąć tylko poprzez wiarę i chrzest, a zadaniem Kościoła było umożliwić zbawienie wszystkim.]

Cała wzniosłość powołania misyjnego tkwi w tym, że to dzięki posłudze głoszenia Ewangelii dzieło zbawienia w Chrystusie otwiera się na ludy i narody. Oto co pisze do misjonarzy w Zachodniej Kanadzie: To ja stawiam pieczęć na waszym apostolskim powołaniu; wychodząc z mego łona pędzicie, aby zdobywać dusze, i trzeba dodać: dusze najbardziej opuszczone; bo czy można znaleźć dusze bardziej porzucone niż dusze tych biednych dzikusów, do ewangelizowania których, na mocy bezcennego przywileju, powołał nas Bóg? Dobrze wiem – i ciąży mi to na sercu – ile ofiar, niedostatków i udręk musicie pokonać, aby osiągnąć zamierzony cel. Ale wiem również jak wielka będzie wasza zasługa przed Bogiem, gdy wierni waszemu powołaniu staniecie się narzędziami Jego łask w stosunku do tych niewiernych, których wyrywacie szatanowi i w ten sposób rozszerzacie Królestwo Jezusa Chrystusa aż po krańce ziemi (28.06.1855).

Prawie zawsze poganie byli także bardzo biedni materialnie, ale nie był to zasadniczy powód, aby uważać ich za ubogich. O. Założyciel posyła do nich misjonarzy przede wszystkim ze względu na racje płynące z wiary. Widział te opuszczone i biedne dusze z perspektywy ich wartości, którą się mierzy ceną Chrystusowej Krwi.

Ideał misjonarza

Jaki ma być misjonarz, jaki ma być oblat, aby sprostać swojemu powołaniu? Podobne pytanie znajdziemy na samym początku Zgromadzenia, w Przedmowie do KKiRR: Jak zatem mają postąpić ludzie, którzy pragną pójść śladami Jezusa Chrystusa, swego Boskiego Mistrza, aby odzyskać dla Niego te liczne rzesze, które zrzuciły Jego jarzmo? Muszą rzetelnie pracować, aby stać się świętymi! Misjonarz, którego św. Eugeniusz chętnie nazywał mężem apostolskim, który ma ewangelizować innych powinien gorliwie naśladować przykład i cnoty Jezusa Chrystusa. Zaś terenem, na którym to się realizuje jest życie wspólnotowe.

Dlatego niechętnym okiem patrzył O. Założyciel na misjonarzy, którzy pod pretekstem misyjnych potrzeb żyli w pojedynkę. Oto fragment listu pisanego do przełożonego misji kanadyjskiej: To, co mi przekazuje o. Allard o sytuacji nad Rzeką Czerwoną napawa mnie trwogą. Według tego, co pisze nasi dwaj ojcowie mieliby być przez jeden rok rozdzieleni. Nie taki jest mój zamysł i nie mogę się zgodzić na to, aby na jakiejkolwiek misji ojcowie byli sami. Każde dobro musi być podporządkowane temu [wymogowi].Niech ojciec wytłumaczy to waszym biskupom i proszę uczynić z tego regułę swojego przełożeństwa (30.07.1846). W podobnym tonie zwraca się do Biskupa Algieru: Oblatów Maryi założyłem, aby służyli pomocą biskupom, których mają być wiernymi współpracownikami, mając na uwadze chwałę Bożą i uświęcenie dusz. Są to mężowie gorliwi i oddani. To o co proszą – a leży w interesie biskupów, by im to umożliwić – to aby mogli żyć zgodnie z ich Regułą we wspólnocie; wtedy bowiem będą się wzajemnie podtrzymywać w regularności, gorliwości i w wypełnianiu wszystkich swoich obowiązków (4.12.1848).

21 maja br. minęło 150 lat od śmierci naszego św. Ojca Założyciela – bpa Eugeniusza de Mazenoda; mijają 183 lata od czasu, gdzy zapisał w Reguke: Ich ambicje powinny ogarnąć świętymi pragnieniami rozległy obszar całej ziemi! Ta pierwotna intuicja Świętego okazała się bardzo trafna: Kanada, Anglia, Cejlon, Stany Zjednoczone, Algieria, Południowa Afryka… A później ciągle dalej i dalej: od Zachodu po Wschód, od Północy po Południe – od lodów polarnych po płomienie południa. Oblaci – nazwani przez papieża Piusa XI specjalistami od trudnych misji – pracują dziś w 68 krajach świata! Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię całemu stworzeniu; będziecie mi świadkami aż po krańce ziemi. Pozwólcie, że zakończę świadectwem oblata, który w znaczeniu dosłownym zrealizował ten nakaz Chrystusa. O. Roger Buliard, autor książki Inuk. Misje na krańcu świata opisuje w niej zdarzenie, które miało miejsce na początku lutego 1938 r. Przemierzając z Ewangelią, psim zaprzęgiem, bezkresne przestrzenie Wielkiej Północy Kanadyjskiej zatrzymał się u kolejnej eskimoskiej rodziny: wyłożył prawdy katolickiej wiary, ochrzcił troje małych dzieci (Marię, Teresę i Piotra), a gdy zamierzał iść dalej i pytał o drogę, usłyszał odpowiedź, za którą – jak zapisał – w razie potrzeby oddałby życie: Jesteśmy ostatnim Eskimosami. Tam dalej już nikt nie mieszka: Ewangelia dotarła aż po krańce ziemi.

 

Na podstawie tekstu o. Marcello Zago, oprac. o. Paweł Latusek OMI