Heroiczność cnót naszego Założyciela – O. Andre Notterbaert OMI

Niniejszym chciałbym powrócić do dekretu ogłoszonego przez Papieża w listopadzie 1970 roku i dotyczącego naszego Założyciela. Ten werdykt Kościoła wyraża w istocie czynną obecność w nim Ducha Świętego, nam zaś ukazuje jeden z elementów przystosowanej odnowy, o jaką Zgromadzenie zabiega w okresie obecnych przemian.

Funkcje prorocze i łaski specjalne w Kościele

Podstawowym założeniem soborowej Konstytucji o Kościele było uwydatnienie roli, jaką w życiu Kościoła odgrywa Lud Boży. W paragrafie 12, po uprzednim przypomnieniu, że „także święty Lud Boży uczestniczy w profetycznej funkcji Chrystusa, składając Mu świadectwo przede wszystkim poprzez życie wiary i miłości”, dodaje: ‚Ten sam Duch Święty nie tylko przez sakramenty i posługi uświęca i prowadzi Lud Boży oraz cnotami go przyozdabia…,ale rozdziela między wiernych wszelakiego stanu także szczególne łaski, przez które czyni ich zdatnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł i funkcji mających na celu odnowę i dalszy pożyteczny rozwój Kościoła”. Orzeczenie w stosunku do Biskupa de Mazenoda sytuuje go właśnie na linii tych „funkcji profetycznych” i „łask specjalnych”, udzielonych mu przez Ducha w Kościele swoich czasów. Dekret stwierdzający heroiczność jego cnót jest zatem uznaniem jego wolnej odpowiedzi na równie wolne zaproszenie Ducha Świętego, i jako taki stanowi również wezwanie wobec nas.

Równocześnie Sobór postrzega życie zakonne jako dar, witalną funkcję i ożywiającą formę życia, stwarzającą swoim członkom zbawczy klimat braterskiej komunii oraz umacniającą wolność więzów posłuszeństwa (LG 45). U korzeni tego daru i obecności Ducha we wspólnocie jest założyciel, będący nie tylko tym, kto otrzymał jego pierwociny, lecz pozostający zarazem mistrzem i wzorem. Omawiany dekret przypomina i potwierdza również te wartości.

Heroiczność cnót naszego Założycie w sposób realistyczny przypomina nam to, czego uczy teologia. Otóż łaski specjalne nie są ani sakramentami ani cnotami, lecz stanowią wtargnięcie Ducha Świętego, uobecniającego się w sposób imperatywny, przejmując panowanie nad całokształtem życia i jednocząc osobowość. Ten sam Duch jest zdolny powodować zadziwiające i nagłe zmiany, stwarzać frapujące przełomy, nierzadko siejąc zgorszenie w otoczeniu, zawsze jednak dla dobra Kościoła jako wspólnoty. Znamionfa wolności, przerastanie ustanowionych ram i nieodparty wpływ na otoczenie oraz na krąg uczniów stanowią charakterystyczne rysy życia Założyciela. Odnajdujemy je zarówno w łasce samego powołania jak i w ważkich decyzjach, jakimi było założenie naszego Instytutu oraz inne życiowe przedsięwzięcia. Jeśli poczuł się on wezwany mocnym dotykiem łaski, wolnym i darmowym, uznanym za pieczęć Ducha na jego życiu, to „commota corda ąuorumdam sacerdotum” z Przedmowy jasno nam ukazuje jak bardzo najpierw on sam został nim naznaczony a jego życie dogłębnie przeobrażone.

Oto jak opisuje tę łaskę nawrócenia i powołania prałat Leflon: „Z listu skierowanego do matki w kwietniu 1809 roku można wnioskować, iż proces przebudzenia rozpoczął się w nim w roku 1806. Zaś z innego, z marca tego samego roku, dowiadujemy się, że „przynaglony łaską jak nigdy dotąd” do „całkowitego poświęcenia się Bogu” Eugeniusz „zaczął porzucać stan letniości” usiłując „przez większą gorliwość zasłużyć na nowe łaski Pana” (Leflon: Eugene de Mazenod, 1.1, str 296).

Łaska pobudzała go nie tylko po prostu do życia gorliwego, ale do całkowitego daru z siebie. Aby położyć kres zmaganiu się w nim natury i łaski, udaje się do swego kierownika duchowego, ojca Magy w Marsylii. Po wielu spotkaniach z nim otrzymuje kategoryczną odpowiedź: „Po nagromadzeniu tylu różnych okoliczności zbędne stają się dalsze rozumowania i poszukiwania; twoje powołanie jest tak świetlane jak pełnia południa w najpiękniejszym dniu roku. Prawda, która cię ujęła nie pochodzi od zmysłów, którym zresztą zaprzecza; to promień z nieba ją ci objawił”. Odtąd „było dla mnie rzeczą niemożliwą, napisze Eugeniusz, powątpiewać co do faktu, że Bóg wzywa mnie do stanu duchownego, dla którego mimo okoliczności a może właśnie z powodu nich, udzielał mi szczególnego upodobania” (por. Leflon, str. 298-299).

W godzinach decydujących to samo natchnienie skieruje go w stronę misji. To samo rozeznanie i uległość pozwolą mu na podejmowanie niezbędnych ofiar i wyrzeczeń, wbrew wszystkiemu, co w normalny sposób podsuwałaby mu natura. Tak będzie w wypadku poświęcenia się ubogim pomimo swego szlacheckiego pochodzenia czy wyboru Prowansji na pole działania wbrew zupełnie przeciwnym namowom Forbin-Jansona, aby tylko móc się jak najpełniej oddać najbardziej opuszczonym. Tak będzie również wtedy, kiedy zrodzi się potrzeba podjęcia przepowiadania zamiast zamknięcia się w samotności, a jeszcze później, w porze kryzysu w Ikozjum, o wyrwanie się z tejże samotności celem przejęcia diecezji marsylijskiej jako następca swego wuja. We wszystkich tych okolicznościach można stwierdzić obecność Ducha Św. i jego charyzmatu, który za włada osobą pociągając ją w swoje ślady.

Człowiek twórczego działania

Założyciel był człowiekiem czynu. Duch Św. przejawia się w nim przede wszystkim poprzez przepowiadanie Słowa. Jego słowo staje się porażającą mocą, ponieważ wypływa z komunikatywnej pewności wartości Królestwa Bożego. W apostolskiej nowości jego przepowiadania prześwita apostolski dar wiary. To ubodzy przyjmują to płonoące słowo, które jest zgorszeniem dla bogatych a pociąga serca pokornych. Źródło takiej orientacji życia znajduje się w jego powołaniu misjonarskim: „Tak bowiem jak jego powołanie kapłańskie również powołanie misjonarskie było owocem potężnego dotknięcia łaski; po okresie bolesnej niepewności, nagłe rozbłysło światło; zawładnął nim nadprzyrodzony poryw. Podobnie rzecz miała się z przezwyciężeniem osobistych wahań oraz przełamaniem spiętrzonych na jego drodze przeciwności (Leflon.t.II, str. 38).

Z drugiej strony był człowiekiem twórczym i skłonnym do przerastania siebie. Kreatywność jego ducha wyrażała się niejako w dwu kierunkach: zgromadzenia i diecezji. Ograniczona początkowo do jednej wspólnoty w Aix-en-Provence, jego społeczność wkrótce zaszczepi się w Notre-Dame du Laus i w Marsylii, aby się potem rozprzestrzenić aż po misje w Afryce Południowej. Moc apostolska przejawia się tutaj w odwadze, z jaką podejmował pierwsze fundacje misyjne. Mówiąc po ludzku, wydawało się czymś pretensjonalnym wysłanie tych niewielu łudzi, jakich posiadał, do miejsc tak rozproszonych i odległych jak: Anglia, kanadyjski Zachód, Oregon, Natal czy Cejlon. Ekspansja ta dokonała się w ciągu zaledwie kilku lat. Równocześnie obficie rodzą się w jego diecezji nowe inicjatywy, wszystkie mające na celu udzielenia odpowiedzi na potrzeby duszpasterskie wyłaniające się w jego mieście biskupim. Wspomniane wznoszenie się ponad samego siebie zaznacza się nie tylko w sposobie przezwyciężania trudności właściwych początkom wszelkich nowych przedsięwzięć, lecz w ustawicznej trosce o Kościół powszechny. Nie pozwalał się zamknąć na wąskim obszarze swej diecezji, lecz spojrzenie swoje kierował na rzeczywistość Kościoła w świecie. Czyż nie ożywiała go, tak jak św. Pawła, troska o wszystkie Kościoły?

Heroiczność cnót biskupa de Mazenoda wyrasta zatem z tych dwu charyzmatów: przepowiadania Słowa przez dar wiary oraz twórczego przerastania siebie przez dar męstwa. Ponadto wyrasta ona także z poczucia harmonii i zrównoważenia. Całe jego życie znamionuje dojrzałość zdobyta w kontakcie z doświadczeniem, które opatrznościowo pobudzało go do podejmowania decyzji, które nie mogły nie stanowić jego całkowicie wolnych odpowiedzi. Na początku wygnanie i szok powrotu, potem trudności rodzinne, zaborcze i nie na miejscu zachowania jego matki, i wreszcie odkrycie ubogich po powrocie do Włoch. Kiedy wstępuje do seminarium, nosi na sobie oznaki człowieka dojrzałego, który w swych ostatecznych wyborach czerpie z osobistego doświadczenia, zrodzonego przez obcowanie z konkretnymi problemami. Ta ludzka dojrzałość przeobraziła się w dojrzałość łaski. Mógł on przecież później zagubić się, czy to w przesadach jansenizmu i gallikanizmu, czy to w liberalnych skłonnościach Lamennaisa. Jego zmysł równowagi pozwolił mu zachować harmonie pomiędzy innowacyjnymi wymogami wydarzeń a zachowawczymi wymaganiami instytucji. Jansenizm i gallikanizm wciąż porażały część duchowieństwa. Jego wyborem będzie przeciwstawienie jansenizmowi doktryny Liguoriego w sprawie misji, i to mimo napotkanej w wielu miejscach opozycji. Dawny gallikanizm znajduje w nim obrońcę roli Papieża, którą sławi młody kler, podczas gdy polityczny liberalizm nie zanieczyszcza u niego reformy duchowej oraz wolności Kościoła, szczęśliwie opiewanej przez Lamennaisa.

Pobudzany wewnętrznie przez łaskę Założyciel umiał odpowiedzieć na wezwanie tak jak Św. Paweł: „Miłość Chrystusa przynagla mnie”. Potrafił interpelować różne kategorie ludzi: młodzież, duchowieństwo, rząd, nie kompromitując przy tym skuteczności swoich przedsięwzięć ani też nie podważając wierności wobec Kościoła i Papieża, nawet w chwili jego największego zmagania z Ludwikiem – Filipem w sprawie tytułu biskupa Ikozjum „in partibus”. Nigdy też nie wzbudzał szkodliwych podziałów przez to co zamierzał czynić. Jest w tym oczywiste działanie daru rady pod tchnieniem Ducha Świętego.

Kapłaństwo „otwarte”

Heroiczność jest w nim równocześnie wytrwałą harmonią jak i aktualną energią. Tego, którego uważamy za naszego mistrza i założyciela, ukształtowała zatem jedność i stałość intencji, odczytana przez łaskę jako wezwanie Boga a zarazem siła promieniowania tej łaski. Człowiek o bezmiernych horyzontach, oddający się wszelkim dziełom, jakie tylko mogą się zrodzić w sercu kapłana, jak to sam wyraził w Przedmowie do naszych konstytucji, słowami cytowanymi przez papieża: „sese dedit omnibus operibus bonis ad ąuae caritas sacerdotalis inducere potest”. Prorokiem nie jest ani ten kto otrzymuje cudowne łaski, ani ten kto otrzymuje nieprzekazywalne dary, ani też ten kto pogrąża się w chaosie rozproszenia. Jest nim natomiast ten kto przez współbrzmienie z łaską czyni zaraźliwymi natchnienia Ducha Świętego. „Prawdziwy świadek Kościoła na przekór swoim czasom i przeciw pewnym zniekształconym rysom na obliczu Kościoła swoich czasów, pisał prałat Aubert (Concilium, nr.37, str. 8), „prorok, podtrzymywany na swej drodze przez niewielką grupę tych, którzy go zrozumieli i zabezpieczają trwałość jego przesłania”, rzuca wyzwanie do odnowy w określonej dziedzinie. Dla naszego założyciela tę dziedzinę stanowiło „otwarte” kapłaństwo, zdolne wznieść się ponad klasy społeczne, aby przekazać ludowi odnowioną naukę wiary. Wyrazem tego jest u de Mazenoda wybór języka prowansalskiego oraz ubogich jako uprzywilejowanego środka i terenu przepowiadania. Chodziło również o budzenie równości i braterstwa wśród księży, co w tamtym czasie stanowiło niemałe przekroczenie horyzontów. Cel ten urzeczywistniał dalej przez powołanie do życia Oblatów, których zawsze pragnął widzieć blisko kleru parafialnego, a także poprzez wprowadzenie proporcjonalnego wyrównania ubocznych dochodów wśród proboszczów i wikarych Marsylii jak również poprzez pobudzanie wśród nich życia wspólnotowego.

Słuchać głosu naszego mistrza i ojca: Przedmowa

W chwili, kiedy Oblaci otrzymują dekret stanowiący potwierdzenie charyzmatu ich Założyciela i w obliczu nieustannych interpelacji ze strony Kościoła, który nas wzywa do podjęcia odnowionej odpowiedzialności wobec współczesnego świata, naszym pierwszym obowiązkiem jest wsłuchać się w głos naszego duchowego mistrza i ojca. Najdobitniej wyraża on stan swego ducha w Przedmowie do Konstytucji. W jego oczach miłość i gorliwość nie potrzebowały reguł w tym sensie, że niewystarczalność środków jakimi są prawa, została u niego przezwyciężona przez wewnętrzne natchnienie. Nie oznaczało to bynajmniej odrzucenia tego, czego chroniła reguła, ile raczej przezwyciężenie i nasycenie duchem. Jest to postawa, którą przywołuje O. de Regamey w książce „L’Exigence de Dieu” i którą Sobór uwydatnia w odniesieniu do duchowości kapłańskiej. Jedności życia nie osiąga się na drodze ścisłej obserwacji przepisów, tym mniej przez stosowanie kompromisów, lecz przez dogłębne zawładnięcie całego pola świadomości przez ducha, który inspiruje i nadaje kierunek decyzjom apostolskim. „Co uczynił w rzeczywistości Nasz Pan Jezus Chrystus -raz jeszcze przypomina nam o. de Mazenod, kiedy chciał nawrócić świat? Wybrał pewną liczbę apostołów i uczniów, których wdrożył do pobożności i napełnił swoim duchem … i rozesłał na podbój świata …” Założyciel nigdy nie odchodzi od źródła natchnienia, czemu daje wyraz w tej samej Przedmowie: „Powinni się całkowicie wyrzec siebie, mieć na uwadze jedynie chwałę Bożą, dobro Kościoła, zbudowanie i zbawienie dusz, i nieustannie odnawiać się w duchu swego powołania”. Jest to opcja i podstawowa troska, które nieustannie karmią jego życie i podejmowane decyzje. Duch przychodzi z Wysoka i to właśnie stanowi rację, dla której pragnął takiej formy życia, która stanowiłaby przynajmniej częściową gwarancję życia w Duchu.

Chcąc na nowo odkryć charyzmat naszego Założyciela winniśmy sobie uświadomić cechy właściwe tego rodzaju łaskom. O. Regamey, we wspomnianej książce „L’exigence de Dieu”, str. 98) wylicza trzy takie cechy: „Charyzmaty są przejściowym i w sposób szczególny darmowym doświadczeniem działania Ducha Świętego. A więc „doświadczeniem”. Nie koniecznie widowiskowym, tak jak czynienie cudów, ale objawiającym przejście Ducha… Nie należy go mieszać z tzw. „łaską stanu” (która nie jest doświadczeniem, lecz jest „pozazmysłowa”), Uzdalnia ona do wypełniania posług w sposób rozumny i chciany, tak jakby się było ich źródłem, które to jednak posługi mogą być duchowo bardzo mierne, jeśli ich nosiciele są duchowo przeciętni. Przeciwnie, kiedy chodzi o charyzmaty, widoczne staje się działanie Ducha Świętego. Doświadczenie istotowo przejściowe. Oczywiście, kiedy Bóg wzywa do jakiejś trwałej funkcji w swoim Kościele, wówczas jego zamysł i jego asystencja są niezniszczalne. Tak jest w wypadku rodzin duchowych, jakie wzbudza w Kościele, jak również osób, które wybiera… Niektórzy mówią o „charyzmatach trwałych”. Wyrażenie to jest jednak niewłaściwe i… niebezpieczne. Bowiem charyzmaty sytuują się w czasie i są przemijalne. Pierwszą istotną cechą tego rodzaju doświadczenia jest szczególna darmowość. Duch Św. jest nieskończoną wolnością… Przychodzi … ku pożytkowi drugich, a nie tych, którym udziela charyzmatów.

Współdziałać z łaską Bożą

Rzeczą złudną byłoby sądzić, że heroiczność jest automatycznym i koniecznym owocem tych łask całkowicie darmowych. Istotowo jest ona natomiast owocem współpracy z łaską za pośrednictwem darów Ducha Świętego. Charyzmat oraz działanie darów stanowią dwa bieguny życia świętych. Pierwszy jest źródłem głębokiego i darmowego porywu, podczas gdy drugi stanowi duchowy owoc uległej współpracy z otrzymaną łaską na linii konkretnych sytuacji życia. Jedynie przez trwałe ukierunkowanie nadprzyrodzone dary Ducha prowadzą do rozkwitu cnoty. Jak wskazaliśmy wyżej, u Założyciela dary te były trzy: wiara, która przechodzi w dar wiedzy poprzez proklamację Słowa; męstwo, które kazało mu ryzykować dla Boga; przejrzystość daru rady, jaką zachował pośród wydarzeń we wszystkich swoich wyborach. To ten troisty dar wiódł go ku heroiczności i jedności życia pozwalając mu urzeczywistnić świętość ewangeliczną w niezwykle trudnych czasach. Były one dla niego znakiem czasu i głosem Boga.

Dla nas dzisiaj ważne jest zrozumieć, że charyzmaty stanowią kruchy owoc przemijającego natchnienia, które rozwija się tylko pod głębokim i przedłużonym działaniem darów Ducha. Uczniowie Założyciela i członkowie jego Zgromadzenia stanowią zatem dwie odrębne rzeczywistości. By móc pracować w określonym Instytucie misyjnym cnoty są wystarczające. Natomiast synostwo i duchowe pokrewieństwo domagają się wpływu tego samego ducha. Celem odróżnienia ducha od mentalności Założyciela, bardziej niż kiedykolwiek konieczny jest dzisiaj powrót do Przedmowy do Konstytucji jako normatywnej dla człowieka prawdziwie charyzmatycznego. Konieczne jest zarazem wzniesienie się ponad przepisy oraz fałszywe charyzmaty. Jeśli się nie uczyni pierwszego kroku, ryzykuje się wiarę w charyzmat „skrystalizowany” oraz to, że w sferę ducha O. de Mazenoda można wejść poprzez przyswojenie sobie jego mentalności i przepisów. Jeśli nie ożywia nas dogłębnie duch Przedmowy grozi nam ryzyko fałszywego charyzmatyzmu w czasie, gdy wszystko wzywa do podejmowania inicjatyw domagających się rozeznania i nadzwyczajnej siły wiary.

„Założyciele Zakonów, a więc charyzmatycy, mieli zasadniczo na uwadze przekazanie potomnym swego ducha, wpisując niejako jego wymogi w określone instytucje, pobudzające do odkrywania ciągle na nowo jego świeżości” (Regamey, str. 101). Ów nieustanny wytrysk świeżości nie może się jednak dokonać jak tylko przez zgodę na ustawiczną interpelację z jego strony. Łaska udziela się tylko w akcie dawania. Tylko więc tym, którzy szczerze trwają przed Bogiem wedle wskazanego im celu, otrzymają ten naddatek gorliwości, który może ich wprowadzić na drogę heroiczności. Charyzmatu się „nie posiada”. Jest się po prostu pod jego działaniem w nieustannym dialogu wierności. Charyzmatów apostolskich nie posiadamy na stałe. Za wzorem Eugeniusza de Mazenoda bądźmy zawsze gotowi na ich przyjęcie i do współdziałania z nimi przez łaskę Pana.