Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny jest wspaniałą okazją, aby również sięgnąć do intrygującej i poruszającej historii misji i misjonarzy. Z tego też względu w każdą niedzielę, będziemy przybliżać sylwetki niezwykłych misjonarzy, a zbliżając się do 100. rocznicy powstania polskiej prowincji, przypomnimy również korzenie naszej obecności w Polsce. Dzisiaj zapraszamy Was do Laosu…

Michel Coquelet urodził się 18 sierpnia 1931 r. w północnej Francji, w Wignehies, w rodzinie wielodzietnej i ubogiej, głęboko religijnej. Dzięki wielkiemu wysiłkowi rodziny może zdobywać wykształcenie i rozwijać w sobie powołanie. Po ukończeniu diecezjalnego małego seminarium w Solesmes w 1948 r. wstępuje do nowicjatu Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Był raczej przeciętnym klerykiem, wyróżniała go jedynie duża nieśmiałość. 29 lipca 1954 r. składa śluby wieczyste. Zostaje wyświęcony na prezbitera 19 lutego 1956 r. W liście skierowanym do superiora generalnego poprosił o pierwszą obediencję do Laosu. 25 stycznia 1957 r. otrzymuje skierowanie na upragnioną misję. Na początku pracował jako ceniony nauczyciel w małym seminarium w Paksane. Po niespełna dwóch latach wyrusza na misję wśród ubogich w Xieng Khouang. W pracy misjonarskiej został zapamiętany jako serdeczny, gotowy do poświęceń i Boży człowiek. Nie uląkł się grożącego niebezpieczeństwa i pozostał na swoim miejscu. Został zabity przez rebeliantów 20 kwietnia 1961 r. Jego ciało zostało pochowane w anonimowym grobie.

 

Jestem szczęśliwy z mojego pierwszego Bożego Narodzenia w buszu. Poszedłem, aby Mszę świętą o północy odprawić w jednej z naszych pustyni, półtorej godziny marszu i to jakiego marszu!

Najpierw przez 45 minut trzeba stoczyć się po bardzo stromej pochyłości, przez dziki mostek, przejść przez ogromny strumień, następnie przez 45 minut ponownie wejść na równie urwisty stok. Iść pod błękitnym niebem i w promieniejącym słońcu, przez liściasty i ukwiecony las, ledwo mogłem pojąć, że to był 24 grudnia!

W wiosce spowiadałem (po laotańsku, w języku, który dorośli wystarczająco znają, chociaż to nie był ich język). Po wspólnej modlitwie wieczornej aż do pasterki towarzystwa dotrzymywało mi kilku chłopców.

O północy prawie cała wioska była ściśnięta w małym kościele z gliny i bambusa. Wielu znowu przyszło na Mszę o świcie.  Po tej Mszy musiałem zająć się chorymi; ciągle jest ich dość wielu, począwszy od małych skaleczeń aż po wysoką gorączkę. Niekiedy to uciążliwe z powodu małej ilości leków i ograniczonej wiedzy medycznej, jaką się posiada!

List Michela Coqueleta do rodziny, 28 grudnia 1957 r.

Nie mogę przed wami ukrywać, że rzeczy mają się bardzo źle w Laosie. Co się tyczy mnie, uważam się za spokojnego w mojej wiosce tutaj, nie martwiącego się, ponieważ nie wychodziłem do Xieng Khouang przez ponad miesiąc. Przygotowywałem się w każdym razie, aby tam się udać, kiedy zobaczyłem przyjeżdżających tutaj pewnych żołnierzy, jak również pewne kobiety i dzieci, które uciekały z Plain of Jars i Xieng Khouang. Bez wytchnienia zatrzymali się tutaj, aby się przegrupować. Rozbili się na polu ryżowym, terenie, gdzie mały samolot mógł wylądować, aby ewakuować kobiety i dzieci w kierunku południa. Tak więc w cztery dni wioska została zamieniona w obóz wojskowy. Nie mam pojęcia o tym, co się dzieje w pozostałej części kraju, ale możecie zobaczyć, że u mnie sprawy nie mają się tak źle. Morale są znakomite, tak moje, jak i innych ludzi. Kiedy emocje opadną, trzeba wrócić do swych zajęć. Nawet uciekinierzy nie dają oznak przytłoczenia. Zatem czekamy na to, cokolwiek ma nadejść… W każdym razie to dziwny kraj. Z waszej strony nie zamartwiajcie się: przyszłość jest w rękach dobrego Boga.

Ostatni list Michela Coqueleta do rodziny, 6 stycznia 1961 r.