Głębokie pragnienie Eugeniusza, aby wszyscy ludzie mogli poznać Chrystusa, zrodziło się z jego osobistej relacji z Chrystusem Eucharystycznym. Jak pisze – Fabio Cardi – jest to doświadczenie progresywne, które przebiega przez różne etapy jego życia, w tym pełne wewnętrznych prób i pustki pierwsze lata jego kapłaństwa. Te doświadczenia doprowadzą Eugeniusza do pełnych intymności spotkań z Chrystusem Eucharystycznym, które będą mocno wyznaczać rytm życia i rozwoju duchowego, szczególnie w czasie jego episkopatu.

Pierwszym ważnym momentem w życiu duchowym Założyciela był czas pierwszej komunii świętej, którą ze względu na przymusową emigrację w wyniku rewolucji francuskiej, przyjął w Kolegium dla szlachty w Turynie. Był Wielki Czwartek, 5 kwietnia 1792 r. Nie wiadomo dokładnie, co wtedy się wydarzyło, ale ten dzień głęboko zapisał się w jego pamięci.

Antoine Ricard, jeden z pierwszych biografów Założyciela, przytacza w swoim świadectwie, jak bardzo Eugeniusz potrafił się wzruszyć, gdy wracał pamięcią do owego Wielkiego Czwartku:

Działo się to podczas jednego z Wielkich Czwartków – niech mi będzie wolno przywołać to osobiste wspomnienie – wydarzenie miało miejsce w katedrze w Marsylii. Biskup przewodniczył uroczystościom z właściwym sobie łagodnym majestatem i skupieniem, z których słynął pośród sobie współczesnych ludzi. W jednym momencie zauważyliśmy, że płacze i pomimo wszelkich wysiłków, nie potrafił tego ukryć. Seminarzyści, którzy otoczyli tron ​​biskupi, poruszeni emocjami celebransa, spojrzeli na niego z czułością. Zauważył to i, zwracając się do jednego z nich – piszącego te słowa, (…) rzekł:

Moje dziecko, powiedział z tą prostotą, która zjednywała mu serca, nie dziwcie się temu: dzisiaj jest rocznica mojej pierwszej komunii.

Eugeniusz w wieku 23 lat

Notatki Eugeniusza z czasów formacji seminaryjnej ukazują, jak kształtowała się jego zażyłość z Jezusem w komunii świętej. Skrupulatnie notował komunie, jakie mógł przyjąć za pozwoleniem swojego spowiednika (taka była wrażliwość moralna ówczesnych czasów), wyznaczał sobie konieczne usposobienie, aby komunię przyjmować godnie i pozwalać jej przynosić pełne owoce w swoim życiu. Rozważał też przykłady świętych, aby zapłonąć podobnym do nich ogniem miłości względem Eucharystii.

Zażyłość Eugeniusza nie była jednak wolna od utrapień:

Obecnie coraz rzadziej doświadczam przed Najświętszym Sakramentem pociech duchowych, które były moim szczęściem, gdy bywałem bardziej skupionym. W ich miejsce, walczę bez końca z rozproszeniami i obawami – pisał w notatkach z rekolekcji 1816 roku.

Wierność w doświadczeniach wprowadza Eugeniusza w nową, głęboką relację z Jezusem Eucharystycznym, czego świadectwo stanowią poniższe teksty:

Częste przyjmowanie Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa nakłada na mnie obowiązek:

1. życia w skupieniu, przez co rozumiem wewnętrzne całkowite skupienie na Oblubieńcu mojej duszy, który raczył w niej uczynić dla siebie trwałe mieszkanie;

2. częstego powracania w pamięci do olbrzymich grzechów mojego wcześniejszego życia, aby coraz bardziej się z nich oczyszczać, coraz bardziej je znienawidzić i poprzez pokutę to wynaturzenie ofiarować Jezusowi Chrystusowi, aby On je całkowicie zniszczył, aby je bezpowrotnie pochłonął żar jego boskiej miłości, której siedzibą jest Jego godne miłości serce;

3. skrupulatnego unikania wszelkiego rodzaju dobrowolnej winy, nawet jeśli byłaby mała, ona bowiem także zasmuca mojego Boga, umiłowanego mego serca, który we mnie i dla mnie uczynił tak wielkie rzeczy;

4. niezadowalania   się   wypełnianiem   podstawowych   i   ciągle ważnych obowiązków mego stanu, ale radosnego praktykowania wszelkich cnót i pokuty, które mogą mi pomóc w podążaniu ku doskonałości, od której tak bardzo się oddaliłem. Jednym słowem, muszę zmierzać ku doskonałości, która powinna stać się moją naturą. Muszę żyć w przekonaniu, że jakiekolwiek działania, praktyki, nawet małe, błahe, bezwartościowe, infantylne i zwyczajne, będą przydatne na drodze ku Bogu. Nie powinienem postrzegać tego jako czegoś, co jest niegodne mnie, wręcz przeciwnie, potraktować to jako środek, jaki boska i ojcowska Opatrzność mojego Boga daje mi, abym wyszedł z mego stanu letniości, i pomaga wzbić się ku Niemu.

I cóż! Do mojego serca przyjmę niepokalanego Baranka, tę Ofiarę, która została złożona dla mnie, którą On poprzez nadmiar miłości zechciał z góry zapłacić za wszystkie niewypowiedziane udręki śmierci wiecznej,   na   którą   tak   często   zasługiwałem.   Przyjmę   Go,   aby   Go obarczyć   zniewagą   i   poniżeniem,   będę   uważał   się   za   wolnego względem niej od wszystkiego. Jemu powinienem oddać cześć, chwałę, miłość   i   wdzięczność,   ponieważ   w   ten   sposób   uniknę   zadania   mu ostatniego   ciosu,   krzyżując   go   na   nowo.   Och!   Mój   godny   miłości Zbawicielu,  godny  miłości  i  upodobania   Twego   niebieskiego   Ojca, przed   Tobą   w   uniżeniu   swej   nicości   padają   na   twarz   niezliczone zastępy duchów anielskich…

(cathopic)

Spoglądając na przykład świętych, jeden z najmocniejszych impulsów odnalazł w życiu św. Filipa Neri i gorąco pragnął naśladować jego “osobliwą” miłość do Eucharystii:

Święty Filip Neri sprawował mszę z nadzwyczajną pobożnością. Kilkakrotnie   całkowicie   tracił   siły;   był   zmuszony   odwrócić   uwagę, zanim ją rozpoczął, drżał do tego stopnia, że poruszał się pokój, w którym celebrował. Podczas ofiarowania zdwajała się jego radość, i chociaż był jeszcze młody, jego ramiona drżały do tego stopnia, że musiał oprzeć się łokciem o ołtarz, aby móc wlać wino do kielicha. Zawsze wlewał do niego dużo wina, zwracał uwagę, aby wybierać największe hostie i jak najdłużej w swej piersi zatrzymać swego boskiego Zbawiciela. Często widziano, że po konsekracji kielich był pełen krwi. Podczas podniesienia kilka razy nie był w stanie opuścić rąk, tak że dość długo trzymał uniesione ramiona, aby ludzie mogli adorować Pana Jezusa Chrystusa. Często stawał na palcach, a przy wielu okazjach wznosił się ponad ziemię na odległość dwóch stóp. W momencie komunii świętej delektował się Ciałem Naszego Pana jak najlepszym mięsem, nie mógł się powstrzymać, aby uczynić to w niezauważalny sposób. Gdy spożywał przenajdroższą Krew, z takim uczuciem ssał kielich, jakby nie potrafił od niego oderwać warg. Nieświadomie spożywał także złocenia kielicha, a nawet srebro. Widziano wyraźnie zaznaczone ślady jego zębów. Żarliwość i uczucie, które wkładał w tę czynność, nie mogły być niezauważone przez uczestników. Ta myśl sprawiała mu ból, dlatego nie chciał nigdy pozwolić, aby uczestniczono we mszy przy ołtarzu, gdzie on odprawiał, i uprzedzał posługującego, aby do puryfikacji podchodził tylko wtedy, gdy da mu znak. Doszło w końcu do tego, że nie odprawiał mszy w kościele, ale w kaplicy domowej, gdzie mógł rozwinąć swą czułą pobożność. Uczestnicy i ministranci odchodzili po Baranku Boży, gasząc świece i zapalając lampę. Zamykano drzwi i okna, aby nie można było usłyszeć wzdychań, krzyków radości itp. Nad drzwiami zawieszano małą tabliczkę, na której napisano następujące słowa: „Cisza, Ojciec odprawia mszę”. Dwie godziny później wracał ministrant i pukał do drzwi. Jeśli święty Filip odpowiadał, to wchodził, zapalał świece, otwierał okna, a święty kontynuował mszę, skarżąc się, że czas tak szybko minął. Gdy nie odpowiadał, ministrant odchodził i powracał jeszcze kilka razy, nie mogąc wejść. Wreszcie gdy pozwolono mu wejść, zastawał świętego w takim stanie, jakby umierał. Gdy rozdawał komunię, ogarniała go niesamowita radość, która niewątpliwie była w stanie rozpalić ogień Bożej miłości w sercu tych, którzy z jego rąk przyjmowali Naszego Pana. Wielki święty, wyproś dla mnie kilka kawałeczków twojej miłości dla Jezusa Chrystusa, aby boski Mistrz nie musiał więcej cierpieć z powodu mej letniości, opłakanego nastawienia, z jakim tak często Go przyjmuję. Boże miłości, za wstawiennictwem Twojego sługi Filipa, daj mi Twoją miłość – zapisał św. Eugeniusz w swoich notatkach.

W liście do swojego kierownika duchowego z seminarium św. Sulpicjusza w Paryżu – tuż po swoich święceniach kapłańskich, które przyjął w Amiens 21 grudnia 1811 roku, ks. de Mazenod wyjawia:

Mój bardzo drogi i dobry [ojcze], piszę do was, klęcząc, pochylony ku ziemi, zraniony, załamany, aby wam dać udział w tym, czego   Pan,   dzięki swemu niezmierzonemu i niepojętemu miłosierdziu, raczył we mnie dokonać. Jestem kapłanem Jezusa Chrystusa; już po raz pierwszy z biskupem złożyłem budzącą strach ofiarę. Tak, to ja, to oczywiście ja, nędzny grzesznik, którego niegodziwości znacie, złożyłem w ofierze Baranka bez skazy, lub raczej On samego siebie złożył dzięki mej posłudze. Och!, mój drogi ojcze, sądzę, że marzę, kiedy myślę o tym, kim jestem. Radość, strach, zaufanie, ból, miłość mieszają się w moim sercu.

Najbliższa mi myśl, w której się zagłębiam, jest następująca: Dobry Bóg, czyniąc tyle dla mnie, dokonuje pomsty na wszystkich moich niewiernościach, jako Bóg nie może uczynić więcej. Po tym wszystkim, czy mógłbym jeszcze odczuwać pokusę, aby Go znieważać? Ach!, w tej chwili odpowiadam: raczej tysiąc razy umrzeć.

Nie mogłem wysłać mego listu wczoraj. Och!, mój drogi ojcze, w moim sercu nie ma nic poza miłością. Piszę do was w chwili, gdy obfituję. Takim wyrażeniem apostoł musiał posłużyć się w takiej samej chwili, w jakiej ja się znajduję. Jeśli ciągle tkwi we mnie głęboki ból z powodu moich grzechów, to miłość nadaje mu zupełnie inny charakter.

Czy jest możliwe, mój umiłowany, abym Cię obrażał? Jakże to mogło się stać, że Cię obraziłem, Ciebie, który w tej chwili wydawałeś mi się tak pełen wdzięku? Czy prawdą jest, że moje serce, które tak bardzo Cię kochało, mogło Cię najbardziej lekkomyślnie zasmucać? Dwa potoki łez spokojnie i łagodnie płyną z moich oczu, a dusza znajduje się w uniesieniu, którego nie można wyrazić, jak również wielu rzeczy, które dokonują się we mnie. Nie wiem, co to jest, nie wiem, jak to jest. Ale jasno widzę, że zasługuję na piekło, skoro rozmyślnie obrażam dobrego Boga, chociaż byłby to możliwie najbardziej powszedni grzech.

Jestem kapłanem! Trzeba nim być, aby zrozumieć, co to znaczy. Jedynie ta myśl wprowadza mnie w poryw miłości i wdzięczności, a jeśli myślę, jakim jestem grzesznikiem, to miłość wzrasta. Już was nie nazywam sługami (J 15,15), Ty rozerwałeś moje kajdany. Tobie złożę ofiarę pochwalną (Ps 115 [Vulgata – przyp. tłum],16-17) Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? (Ps 115 Vulg.,12) — te słowa są jak strzały, które w tym dniu trafiają w to tak zimne serce. Jeśli Bóg podczas komunii świętej wprowadził mnie w ten stan, jakże będę mógł odprawić mszę świętą w noc Bożego Narodzenia? Będzie widoczne, czego Pan dokonał w głębi mej duszy. Jedna sprawa mnie zasmuca: aż do chwili obecnej życzyłem sobie — nie odważę się powiedzieć, że prosiłem — aby nie być tak dotkliwie i tak długi czas wzruszonym. Od dni poprzedzających święcenia, a zwłaszcza od święceń, wydaje mi się, że lepiej znam naszego Pana Jezusa Chrystusa. Co stałoby się, gdybym Go poznał takiego, jaki jest! Mój drogi ojcze, módlcie się gorąco za mnie, abym nie okazał się niegodny tylu łask.

Otrzymam ich jeszcze więcej, jeśli będzie trzeba, aby stać się wielkim świętym, wyjednajcie mi, abym nim został, proszę was: odprawcie za mnie mszę w tej intencji. Nie minie tydzień, gdy spłacę wobec was ten nowy dług itd. Ale na szczęście szczodrość naszego Mistrza skłania mnie nawet do zapłacenia itd., itd.

Oblaci zgromadzeni w kościele Santa Maria in Campitelli w Rzymie

Czekając w Rzymie na zatwierdzenie Konstytucji i Reguł Zgromadzenia, Eugeniusz spędził cały dzień w kościele Santa Maria in Campitelli, uczestnicząc w dziewięciu mszach. W liście, pisanym z Rzymu do o. Tempiera – 16 lutego 1826 roku, wyjawia, że aprobata Zgromadzenia przez Kościół została powierzona Chrystusowi Eucharystycznemu:

To  prawda, że zawsze pokładałem całą ufność w dobroci Bożej. Jak ojcu mówiłem, codziennie składałem świętą ofiarę w tej intencji. Ustawicznie wzywałem świętej Dziewicy i wszystkich świętych, ale szczególnie najwyższego Pośrednika, na którego chwałę są poświęcone wszystkie nasze zamiary. A muszę powiedzieć, że nigdy tak się nie modliłem, nigdy również nie modliłem się z taką pociechą (skutek absolutnej, ale synowskiej ufności) do tego stopnia, że mówiłem do naszego Pana tak, jak ośmielałem się wierzyć, że robiłbym to, gdybym miał szczęście żyć wówczas, gdy On chodził po ziemi, aby na niej rozsiewać dobrodziejstwa i każdemu udzielać tego, o co prosił. Działo się to szczególnie w czasie komunii, kiedy nasz Boski Zbawiciel daje nam największy dowód Swej miłości. Pogrążałem się wówczas we wszelkich uczuciach, jakie w tym cennym momencie Jego Boska obecność i ogrom Jego miłosierdzia wzbudzały w mej nędznej duszy. Nigdy tego nie odczuwam lepiej niż wówczas, gdy widzę, że On nie pogardza takim grzesznikiem jak ja. Te same uczucia ponawiały się, gdy pojawiałem się przed Nim, aby Go adorować czy to w godzinie mej adoracji, czy wówczas, gdy stawałem w Jego obecności, wychodząc i wracając do domu, czy też w czasie nawiedzeń, jakie staram się często robić podczas czterdziestogodzinnego nabożeństwa albo w innych kościołach, w których jest wystawiony Najświętszy Sakrament. Ale muszę zaznaczyć, że po łasce, która je inspirowała, taka ufność i wszystkie te uczucia wiązały się z myślą, że proszę o coś zgodnego z wolą Boga, odpowiedniego do przysporzenia Jego chwały, zbawienia dusz i dobra Kościoła oraz, że uważałem się za wyraziciela was wszystkich i że czułem się — aby tak rzec — wspierany modlitwami, zasługami i dziełami całego Stowarzyszenia.

Ze Szwajcarii, gdzie Eugeniusz przebywał na rekonwalescencji po poważnej chorobie, jaką przebył, pisze znów do o. Tempiera. Jest to czas trudny nie tylko dla Zgromadzenia ze względu na wewnętrzne tarcia, ale również dla Francji, w której nowy rząd wprowadza liberalne rządy o silnym charakterze antyklerykalnym. To wszystko wprowadza w serce Eugeniusza multum pytań do tego stopnia, że nosi się nawet z zamiarem przeniesienia nowicjuszy i studentów teologii do Szwajcarii. W tym trudnym momencie ukojenie przychodzi dzięki Eucharystii:

Fryburg, 23 sierpnia 1830 r.

Mój drogi przyjacielu, ojca list z 17. zastałem wracając z krótkiej przechadzki. Chociaż codziennie oczekuję gorszych wiadomości, kiedy one przychodzą nie mogę się obronić przed głębokim smutkiem, zwłaszcza wówczas, gdy domowe zmartwienia przynoszą ciężar już tak ciężki do udźwignięcia. Powiem jednak ojcu, że nie tracę nadziei i że jestem przygnębiony, ale niepowalony. Wydaje mi się, że nasz Pan swoją łaską pomoże nam znieść wszystkie nasze zmartwienia.

Dziś rano przed Komunią ośmieliłem się mówić do tego dobrego Mistrza z takim samym zawierzeniem, jak bym to mógł robić, gdybym miał szczęście żyć, gdy On chodził po ziemi i gdybym się znajdował w takich samych kłopotach. Odprawiałem mszę w osobnej kaplicy, nie byłem skrępowany niczyją obecnością. Przedstawiłem Mu nasze potrzeby, prosiłem Go o Jego światło i Jego asystencję, a później całkowicie Mu zawierzyłem, nie chcąc absolutnie niczego innego niż Jego świętej woli. Następnie przyjąłem Komunię w tej dyspozycji. Skoro tylko przyjąłem najdroższą Krew, nie mogłem się obronić przed taką obfitością wewnętrznego pocieszenia, że — mimo wysiłku żeby przed bratem usługującym nie zdradzić się z tym, co działo się w mojej duszy — musiałem wzdychać i wylewać tyle łez, iż korporał i obrus były zmoczone. Żadna przykra myśl nie powodowała tego wybuchu, przeciwnie, byłem zadowolony, byłem szczęśliwy i gdybym nie był tak nędzny, uwierzyłbym, że kochałem, że byłem wdzięczny. Ten stan trwał dość długo, przedłużył się w czasie dziękczynienia, które skróciłem tylko z rozsądku.

Wywnioskowałem z tego, że nasz dobry Zbawiciel chciał mi dać dowód, że przyjął uczucia, które Mu wyraziłem w prostocie mego serca. W tej samej prostocie dzielę się z ojcem tym, co się zdarzyło dla ojca pociechy i zachęty. Proszę mi już o tym nie mówić i proszę nadal modlić się za mnie.

Ołtarz, przed którym św. Eugeniusz z o. Tempier’em złożyli pierwsze śluby

Trwając na rekolekcjach przed przyjęciem święceń biskupich, w liście do o Tempiera z 10 października 1832 roku, Eugeniusz opisuje moc modlitwy wstawienniczej Chrystusa, która dokonuje się w Eucharystii:

Sądzę więc, że dobrze robię, poświęcając kilka chwil czasu wolnego z moich rekolekcji na rozmowę z ojcem. Zresztą, to, co mamy sobie do powiedzenia, nie spowoduje rozproszenia mojego ducha. Nie oznacza to, że chciałbym zagłębić się w szczegóły dotyczące moich ćwiczeń duchowych, dzieli nas zbyt duża odległość i w liście jest za mało miejsca, by poruszać taki temat. Musi ojcu wystarczyć wiadomość, że dobry Bóg jest dla mnie taki, jak zwykle, to znaczy jawi się taki, jaki jest: nieskończenie dobry, nieskończenie miłosierny za każdym razem, gdy przybliżam się do Niego. Oczyszcza moje serce, rozjaśnia moją słabą inteligencję, pobudza i udoskonala moją wolę. Dobrze czuję się w Jego obecności, bez względu na wrażenie, jakie czyni na mnie przesłanie Jego boskiego Ducha, którego wzywam. Zapewne domyśla się ojciec, że w tych okolicznościach czynię to z gorliwością i wytrwałością, nie ośmielam się powiedzieć, że z żarliwością. Tak więc, gdy rozważam ogrom Bożej dobroci, strzegącej mnie od dziecka i prowadzącej mnie do wykonania różnych dzieł, jakie powierzył mi On w życiu, gdy medytuję o wewnętrznych oddziaływaniach łaski, tak właściwych do pobudzenia mojej wdzięczności i miłości, gdy zastanawiam się nad moimi grzechami, moimi niezliczonymi wiarołomstwami, które poruszyłyby kamienie, a mnie pierwszego oburzają przeciw mnie samemu, czuję zawsze, że mam do czynienia z Ojcem znajdującym się w najwyższych niebiosach, mając po prawicy swego syna Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela, obrońcę i mediatora, który nie przestaje prosić za nami, tą wszechmocną modlitwą mającą prawo bycia wysłuchaną i zawsze taką jest, kiedy nie stajemy jej na przeszkodzie.

W trakcie podróży do Szwajcarii Eugeniusz zatrzymuje się w sanktuarium Notre Dame de Lumiére, które zostało powierzone misjonarzom oblatom. Założyciel opisuje w swoim Dzienniku uroczystość poświęcenia nowego domu i nowej wspólnoty (2 czerwca 1837 r.):

Ponieważ dzisiaj przypada piękna uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego, nie chciałem, aby przeminęła ona bez poświęcenia Sercu Jezusowemu naszego domu, naszej fundacji i wspólnoty, której zadaniem jest obsługa sanktuarium i głoszenie misji w diecezji. Aż do tej chwili daremnie oczekiwałem dwóch misjonarzy, których wezwałem z N. D. de Lans. To opóźnienie zmartwiło mnie, ponieważ dziś właśnie chciałem zawiązać tą małą wspólnotę. Ten nieszczęśliwy traf nie przeszkodził mi jednak we wzięciu udziału w ceremonii tego pięknego dnia, którą zaplanowałem.

I tak razem z o. Tempier, o. Honorat wróciwszy z wizytacji zrujnowanej kaplicy św. Michała Archanioła, przywdzialiśmy komże i samotnie bez świadków, jeśli nie liczyć naszego stróża Ksawerego Grangier i jego żony, wystawiliśmy w tym wielkim kościele z wielką czcią Najświętszy Sakrament na ołtarz, śpiewając przy tym; Ave verum. Następnie przez pół godziny modliliśmy się. Uważam, że były to chwile cenne. Byliśmy zupełnie sami w obecności naszego Boskiego Mistrza, korząc się u Jego stóp i powierzając Jego opiece nasze osoby, nasze Stowarzyszenie, jego posługi, dzieła, dom, który dopiero co wzięliśmy w posiadanie.

Prosiliśmy Go; by wyłącznie On panował nad nami, by był naszym ojcem, naszym światłem, naszym ratunkiem, naszym doradcą , naszym wsparciem, naszym wszystkimi. Prosiliśmy o błogosławieństwo dla nas i naszego Zgromadzenia. Mówiliśmy w jego imieniu z tym większym zapałem, im mniej nas było. Co do mnie, to z tymi wszystkimi prośbami łączyłem jeszcze swoje głębokie przeświadczenie o mej niegodności. Przekonany byłem do głębi, że moje grzechy zgoła mnie uniezdalniały do bycia narzędziem w tych wszystkich cudach, które Pan dokonuje przez członków naszego Zgromadzenia oraz w nich samych i to począwszy od miernych początków naszej małej rodziny, aż po dzień dzisiejszy. W sposób szczególny oddałem naszemu Mistrzowi i Zbawicielowi w tym czasie ten dom, który był już dziesiątą fundacją naszego Zgromadzenia.

20 kwietnia 1839 roku w swoim Dzienniku Eugeniusz zapisuje informację o instalacji w jego prywatnej kaplicy tabernakulum z Najświętszym Sakramentem. To miejsce będzie dla niego źródłem pociechy i mądrości:

Po tylu miesiącach oczekiwania w końcu ukończono remont mojej kaplicy i mogłem ku radości wszystkich mieszkańców domu umieścić tam Najświętszy Sakrament. Oby Pan raczył udzielić nam swego błogosławieństwa i otoczyć nas swą opieką. Obyśmy mogli postępować kierowani tylko przez Jego natchnienia i Jego Boską mądrość, którą będziemy czerpać u stóp tabernakulum w Jego obecności.

Eugeniusz jako biskup zawsze był wierny temu, co zapisał w swoim Dzienniku:

Oto, co postanowiłem czynić co roku podczas mego episkopatu: po niedzieli siedemdziesiątnicy (…) padnę na kolana, potem na klęczniku będę adorować umiłowanego Zbawiciela z całej duszy, aby:

1. oddać należny Mu hołd;

2. wynagradzać Mu wszelkie zniewagi, jakich doznaje w każdym czasie, zwłaszcza w tych dniach rozpusty;

3. wyprosić łaskę, bym święcie rządził powierzonym mi ludem;

4. uzyskać przebaczenie grzechów, by Pan wybaczył mi każde zaniedbanie w Jego służbie i pełnieniu obowiązków;

5. błagać, bym żył i umierał w Jego łasce i nie dozwolił, abym na wieki był od Niego odłączony.

Takie szczęście dla mnie jest przebywać w Boskiej obecności; tu za zasłoną chleba i wina kryje się przed mym wzrokiem.

Ile próśb jeszcze ciśnie się na usta, gdy korzę się przed tronem miłosierdzia, kiedy adoruję i z miłością spoglądam na Jezusa, który jest naszym mistrzem, naszym ojcem, Zbawicielem naszych dusz, gdy rozmawiam z Nim, a On odpowiada w głębi duszy obfitością swych pociech i pełnią łask. Jak szybko mija półgodzinna adoracja tak cudownie wykorzystana.

Eugeniusz określa Eucharystię przedsionkiem nieba…

W czasie adoracji przed wystawionym Najświęt­szym Sakramentem pochłaniała mnie myśl, która nie mogła być lepsza. Czy przebywanie w obecności Jezusa Chrystusa, padanie do Jego stóp, aby Go adorować, kochać i od Jego dobroci oczekiwać na łaski, których potrzebujemy, to nie przedsmak nieba. Zgłębiając bardziej tę myśl, doszedłem do wniosku, który nigdy nie przyszedł mi na myśl. Jeśli w ostatniej chorobie będę przytomny, chciałbym mieć szczęście znosić trwogę śmierci i oddać ducha w obecności naszego boskiego Zbawiciela. Wydaje mi się, że byłby to nieza­wodny środek, aby zajmować się jedynie Nim, a moje serce ani na chwilę nie przestałoby być zjednoczone z Tym, który obejmował­by je swoją obecnością i wspierał w strasznej chwili przejścia z tego świata do wieczności.

(cathopic)
Na zakończenie oktawy przebłagania za świętokradztwo, popełnione w kościele św. Teodora w Marsylii, biskup niesie Najświętszy Sakrament po ulicach miasta:

Z największą możliwą gorliwością, recytując psal­my i kantyki, poddałem się pewnemu rodzajowi synowskiego za­ufania, aby dobrego Mistrza prosić o pozwolenie, bym na wieki był od Niego oddzielony w wieczności. Wydawało mi się to niemożliwe, że mając oznaki szczęścia, aby Go ujrzeć, aby Go kontemplować z tak bliska, aby Go złożyć na moim łonie, aby Go adorować, wy­wiązując się samemu z tego obowiązku, mówię, że wydawało mi się to niemożliwe, gdyby nie udzielił mi łaski, abym Go naślado­wał i posiadł na całą wieczność. Myśl o moich grzechach mnie przerażała, ale w tych cennych chwilach wydaje mi się, że miło­sierdzie mojego Zbawiciela pochłania wszelki strach i przerażenie, a w moim sercu jest miejsce jedynie na zaufanie i miłość. To uczu­cie zawsze mi towarzyszy, gdy niosę Najświętszy Sakrament.

W życiu Założyciela niezwykle mocno zaznaczyła się potrzeba jedności z wszystkimi oblatami, rozproszonymi na całym świecie, właśnie w obecności Najświętszego Sakramentu:

Dziś zadowalam się życzeniem szczęśliwego roku. Dziś w nocy z wielką pociechą dużo zajmowałem się wami wszystkimi przed Najświętszym Sakramentem, który w ciągu dwóch nocy jest wystawiony na czterdzieści godzin, a dziś rano pamiętałem o was także w czasie Mszy świętej i później podczas swej godzinnej adoracji. Mam to szczęście, którego wy nie macie, że, znając zwyczaje i obyczaje, prawie zawsze wiem, co robicie. To taka mała wyrafinowana uciecha, która mnie trochę pociesza w moim przymusowym i zbyt przeciągającym się oddaleniu – napisał w liście do o. Tempiera 31 grudnia 1825 roku.

Podobne słowa kierował wielokrotnie do oblatów, podkreślając jedność całego Zgromadzenia w praktyce wspólnego adorowania Najświętszego Sakramentu. Tak zrodziła się oblacka oracja wieczorna, praktykowana do dnia dzisiejszego.

(cathopic)

W trakcie przygotowań do ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi, Eugeniusz odkrywa w Eucharystii centrum całego stworzenia i ludzkości. Tak zapisał w Dzienniku pod datą 4 grudnia 1854 roku:

Nabożeństwa czterdziestodniowe odbywały się w kościele św. Piotra, a Ojciec Święty postanowił, aby tam, a także w wielkich bazylikach, wystawiono relikwie wraz z odpustem zupełnym dla wszystkich, którzy je nawiedzają. Za obowiązek uznałem pójście do Świętego Piotra, aby tam adorować Najświętszy Sakrament i uczcić relikwie. Najświętszy Sakrament został wystawiony na głównym ołtarzu pośrodku ponad  dwustu świec. Półmrok, jaki wprowadzono w całym kościele, podkreślił piękno oświetlenia ołtarza, które wspaniale rozjaśniało piękną monstrancję. W czasie adoracji towarzyszyła mi jedna myśl: nasz boski Zbawiciel był tam stosownie postawiony na tronie, w najpiękniejszej świątyni świata, skąd królował na cały świat.  Wydawało mi się, że był tam nie tylko dla mieszkańców tego miasta, ale dla wszystkich stworzeń, dla których jest jedynym panem i najwyższym mistrzem. Podobało mi się zatem, że w imieniu całej ziemi mogłem złożyć mu hołd, odważyłem się wypraszać dla niej Jego wielkie miłosierdzie.

Wśród biskupów obecnych na ogłoszeniu dogmatu, czwarty w kolejności wymieniony jest św. Eugeniusz de Mazenod – biskup Marsylii. zdj. P. Gomulak OMI
(pg – na podstawie F. Cardi, La relation personnelle avec Jésus eucharistique selon le bienheureux de Mazenod, w: Vie Oblate Life (37-3/1978), s. 29-35)