Ojciec Luis Ignacio (Chicho) Rois OMI z bohaterami historii

Po ośmiu miesiącach ponownie patrzę na to zdjęcie. Od ośmiu miesięcy czekali, nie mogli uczestniczyć we Mszy świętej. Osiem miesięcy życia. Kobieta – nazwijmy ją Maria – jest ze swoim dzieckiem, nazwijmy go Yosuha (Jezus). COVID pojawił się, gdy Maria jest w ciąży – podobne doświadczenie ma wiele kobiet. Przybyła na Saharę ze swojego rodzinnego kraju, na zachodnim wybrzeżu Afryki, po podróży, której nie chce pamiętać. Tutaj znalazła dobrą pracę, ponad 10 godzin spędza na czyszczeniu ryb i jest za tę pracę wdzięczna. Znalazła partnera i zaszła w ciążę. Zaczęła przychodzić na mszę i tutaj ją poznaliśmy. Mówi nam, że moment rozwiązania może nadejść lada dzień.

Mieszka w domu z kilkoma innymi najemcami (ilu na pokój? pięć, dziesięć osób… kto to wie?). Oczywiście muszą chodzić do pracy, ponieważ maszyny do robienia pieniędzy nie da się zatrzymać, bez względu na to, co się stanie. Pewnego dnia w pracy wszyscy zostali zamknięci. Marokańczycy i migranci poddani zostali testom na COVID. Wiele osób otrzymało wynik pozytywny, więc wszystkich umieszczono w kwarantannie – w tych samych chłodniach, w których codziennie pracują… bez odpowiednich warunków, bez prywatności. Dzwonią do nas przez telefon, my na zmianę dzwonimy do nich, aby dodać im otuchy… ale nie pozwalają nam ich odwiedzić. Jesteśmy bezradni.

Wspólnota oblacka na Saharze Zachodniej. Od lewej: o. Luis Ignacio Rois OMI, o. Mario León Dorado OMI (Prefekt Apostolski Sahary Zachodniej), o. Valerio Eko OMI (Superior Misji)

My też jesteśmy zamknięci, wciąż wychodzimy na ulice pod pretekstem pójścia na zakupy – szukamy potrzebujących. Niektórzy z nich to stali znajomi, inni zostali zmuszeni do wyjścia na ulicę mimo grzywny – nie mają nic do stracenia i są głodni. Mamy muzułmańskiego przyjaciela, z którym organizujemy pomoc żywnościową: raz, dwa, trzy razy. Nikt inny nic nie robi, bo nikt nie robi zdjęć z takich wydarzeń. Gdzieniegdzie wydawana jest rządowa pomoc żywnościowa.

Pojawiły się nowe testy na COVID. Ponieważ Maria jest w ciąży, zabierają ją do szpitala. Wzywamy przyjaciela… nazwijmy go Yunis (Jonasz), ponieważ uratował wielu migrantów z brzucha wieloryba. Zatroszczył się o to, by zaopiekowano się kobietą i podano lekarstwa… ale nie pozwolą nam jej zobaczyć. Rozmawiamy ze sobą, modlimy się. Nie jest pewna siebie. Mówi, że wszystko z nią w porządku… ale czy jej dziecko jest leczone? Wiele dzieci nie jest. Cóż, to się skończy, może za kilka tygodni. W międzyczasie wielu innych ludzi zostaje przeniesionych do ośrodków w okolicy w celu odbycia kwarantanny lub wyleczenia z COVID. „Jemy dobrze” – mówią – “Dają nam lekarstwa”… ale nie wszyscy je przyjmują, nie mają zaufania – tyle już w życiu przeszli!

W weekendy wysyłamy wiadomości pełne pociechy: słowo Boże na niedzielę. Następnie obchodzimy wielki post i Wielkanoc, niektórzy w swoich domach, oblaci w kościele, który, jak przed COVID, jest jednocześnie pusty i pełny. Nasi muzułmańscy przyjaciele również nie mogą modlić się w swoich meczetach podczas Ramadanu, Id el-Fitr, Id al-Adh. W tym doświadczeniu religijnej tęsknoty za świątynią pocieszamy się nawzajem.

Chrzest święty dorosłej osoby – styczeń 2020 (zdj. L. Rois OMI)

Zobacz: [Jeśli nie doceniasz łaski chrztu świętego – zobacz chrzest dorosłego w kraju muzułmańskim]

Po kilku miesiącach otwierają się meczety, możemy też otworzyć kościoły w Laayoune i Dakhla, ale nie w El Marsa, gdzie mieszka Maria. Wciąż przemieszczamy się z jednego kościoła do drugiego. Przed wjazdem do Dakhla obowiązują testy PCR, bez nich nikt nie zostanie wpuszczony. Aby dostać się tutaj i móc odprawiać Msze w weekendy, musimy wykonać test raz, dwa… jakieś sześć razy lub więcej. Czasami po sześciogodzinnej podróży czekamy dłużej niż pięć godzin. Potem, wciąż zamaskowani, świętujemy i pocieszamy się nawzajem, czekając. Ludzi poddanych kwarantannie jest więcej… niektórzy pracują, inni nie.

W Dakhli musimy zamknąć ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych. Pracujące w ośrodku kobiety, na swój sposób wymyśliły „telepracę”. Za pomocą „WhatsApp” opisują mamom zalecane ćwiczenia rehabilitacyjne, fizjoterapię, logopedię i to działa! Nawet rodzeństwo dzieci bierze udział i się uczy! Bouh jest szczęśliwy. Jest poruszony, my przeżywamy radość wraz z nim. Jak najszybciej chce ponownie otworzyć centrum. Po kilku miesiącach mu się to udaje. Mimo wszystkich przeciwności kontynuujemy pracę. Niektóre dzieci zmarły w tym czasie. Będą naszymi aniołami.

zdj. S. Łuszczki OMI

Kiedy wracamy z Dakhli, dzwoni telefon. Przyjaciółka Marii informuje nas, że zaczęły się bóle porodowe. Chociaż El Marsa jest zamknięta, można dotrzeć do El Aaiún. Yunis w szpitalu przygotowuje wszystko do porodu. Boimy się… Mamy w pamięci wiele kobiet, którym towarzyszyły w tych miesiącach nasze pomocniczki (ponad osiemdziesiąt) – tylko niektóre przeżyły poród… i tylko część ich dzieci. Modlimy się. Wołają nas: Narodził się Yosuha! Yunis robi wszystko, co w jego mocy, abyśmy mogli ich odwiedzać – tak jak czyniliśmy to wcześniej – abyśmy w tym czasie mogli odwiedzać innych chorych. Widzimy się z Marią, szczęśliwą z Yosuha na rękach. Poznajemy jej partnera, który wydaje się przestraszony. Mówią nam, że dziecko i matka są zdrowi. Śmiejemy się.

Mijają dni. Coraz więcej wyjazdów, chorych ludzi, wraków statków, ludzi, którzy przestają pracować, telefonów, pomocy żywnościowych, lekarstw… Nasi pomocnicy – którzy sami są migrantami – są wyczerpani, ale szczęśliwi. My także się martwimy; nie wiemy, co będziemy w stanie zrobić w przyszłym miesiącu lub w następnych… ufamy, przygotowujemy się na następny rok… Przyjeżdżamy i odjeżdżamy, odprawiamy Msze św., modlimy się, słuchamy, pomagamy, nie wiemy, co jeszcze robić, walczymy… żyjemy.

Dzisiaj wyjmujemy to zdjęcie. W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy nie było Mszy świętej w El Marsa. Jest nas tutaj tylko kilku, praktycznie ukrytych, wciąż zamkniętych, zamaskowanych…

Zobacz: [Kościół na Saharze Zachodniej… Świadectwo misjonarza]

Niektórzy mówią: „Jeśli tak będzie dłużej, będziemy musieli udać się gdzie indziej, ponieważ nie ma tu dla nas pracy”. „Na Wyspy Kanaryjskie?” – pytam. Mówią mi: „Na razie nie, do Casablanki”; śmieją się, jak ktoś, kto bawi się w chowanego.

„Kiedy otworzymy drzwi naszego kościoła, będziemy musieli powitać Yoshuę w naszej wspólnocie” – sugeruję.

„Tak” – mocnym głosem mówi Maria, prawie śpiewając i z uśmiechem, który mnie rozbraja.

Uśmiecham się, uśmiechamy się, śnimy… Aniołowie, pasterze, magowie, gwiazdy, pieśni, płacz… Maryje, Józefowie i Jezusowie… na Saharze.

A mówili, że w tym roku nie będzie świąt Bożego Narodzenia!

 

o. Luis Rois OMI (tł. pg)