Ostatnie święta Bożego Narodzenia po wielu latach mogłem spędzić, posługując duszpastersko w rodzinnej parafii w Kębłowie (archidiecezja poznańska). Z niemałym trudem uczestniczyłem wtedy w zdalnych wykładach z teologii dogmatycznej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a trudności były natury czysto technicznej – słaba prędkość Internetu. Próbując zaradzić problemowi, postawiłem w ogrodzie rodzinnego domu „maszt 5G”. Jest nim słup z platformą na bocianie gniazdo. I chociaż nie sprawi on, że Internet w Kębłowie będzie osiągał zawrotne prędkości, to z całą pewnością połączy ten malowniczy zakątek Wielkopolski z wieloma misyjnymi krajami Afryki i Bliskiego Wschodu, gdzie rokrocznie docierają polskie bociany. Jestem przekonany, że to bocianie gniazdo stanie się radosnym pomostem łączącym w sobie elementy polskiej tradycji, kultury i wiary. Daj Boże, żeby dzieci, które bociany w przyszłości „przyniosą” do Kębłowa, potrafiły kochać nasze narodowe dziedzictwo.

W moich skojarzeniach jest to najbardziej polski ptak. Może nie tak szlachetny jak bielik, ale za to bardziej misyjny.

Osiedlenie bocianów w rodzinnym gospodarstwie od dawna było moim marzeniem. W moich skojarzeniach jest to najbardziej polski ptak. Może nie tak szlachetny jak bielik, ale za to bardziej misyjny. Bocian biały niewątpliwie przypomina polskim misjonarzom o ojczyźnie, bo dociera przecież do wielu misyjnych zakątków. Dedykuję całe to przedsięwzięcie szczególnie polskim oblatom na misjach. Być może w wielu misjonarskich sercach widok bociana wzbudza tęsknotę podobną do tej, jaką wyraził Cyprian Kamil Norwid. Wiersz „Moja piosnka [II]” pozostaje jedną z najpiękniejszych modlitw poety:

„Do kraju tego, gdzie winą jest dużą

Popsować gniazdo na gruszy bocianie,

Bo wszystkim służą…

Tęskno mi, Panie…”.

 

Podobnie zresztą modli się Juliusz Słowacki, który wyznaje w „Hymnie o zachodzie słońca na morzu”:

„Widziałem lotne w powietrzu bociany

Długim szeregiem.

Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,

Smutno mi, Boże!”

 

Wreszcie i sam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” z niemniejszym zachwytem pisze:

„Bo już bocian przyleciał do rodzinnej sosny

I rozpiął skrzydła białe, wczesny sztandar wiosny”.

Zresztą i sama ekranizacja tej narodowej epopei przedstawia bociany w wyjątkowych kadrach. Bodajże najpiękniejszy z nich dotyczy pamiętnej wiosny 1812 roku, kiedy wojska napoleońsko-polskie szły na Moskwę. W reżyserskich ujęciach Andrzej Wajda zadbał, aby pośród barwnych oddziałów piechurów i kawalerii wielokrotnie pojawiły się bociany, czym spotęgowana została polskość całej sceny. Moim zdaniem trochę inspiracji w bocianach niewątpliwie znaleźć musiał i sam Wojciech Kilar, bo skomponowana przez niego do „Pana Tadeusza” muzyka, zawiera w sobie nieco bocianiej nuty i perspektywy.

W świątecznej przerwie od zajęć na uczelni miałem wreszcie czas, aby przedsięwziąć konkretne kroki w celu realizacji tego nietypowego marzenia. Zapoznałem się z fachową literaturą na temat „boćków”, przeprowadziłem mały rekonesans w terenie, poprosiłem o porady ludzi, którzy mają u siebie bocianie gniazda. I przystąpiłem do dzieła. Nie sam, cała akcja odbiła się pozytywnie na rodzinie i sąsiadach. To właśnie przy ich pomocy, zaledwie w dwa dni, udało się doprowadzić całą sprawę do szczęśliwego finału. Wyrazy podziękowania i uznania kieruję do mojego brata, szwagrów, siostrzeńców i sąsiada – p. Andrzeja Rogozińskiego, który z wielkim entuzjazmem i zaangażowaniem podszedł do pomysłu. Ten były i wieloletni burmistrz Wolsztyna a także dobry przyjaciel oblackiego seminarium w Obrze, postanowił, że będzie następnym, który podejmie kroki w celu budowy bocianiego siedliska w swoim ogrodzie i wierzę, że słowa dotrzyma.

Nikt z nas w swoim sercu nie rośnie prosto, każdy do czegoś się nagina, nachyla, ku czemuś dąży. Śmierć zetnie nas niczym drzewo i każdy poleci w tę stronę, w którą w ciągu życia się naginał. Ci, którzy nachylali się do Boga, wpadną w rozpięte ramiona Jezusa Chrystusa.

Proces montażu bocianiego gniazda był złożony i przebiegał w kilku etapach. Pierwszą, najważniejszą rzeczą było wycięcie sosny w naszym rodzinnym lesie. Drzewo to posłużyć miało za słup dla gniazda. W tym miejscu na myśl przychodzi mi teologiczna refleksja zaczerpnięta od ks. Pawlukiewicza. Otóż mówi on, że śmierć będzie ścinaniem drzew. Nikt z nas w swoim sercu nie rośnie prosto, każdy do czegoś się nagina, nachyla, ku czemuś dąży. Śmierć zetnie nas niczym drzewo i każdy poleci w tę stronę, w którą w ciągu życia się naginał. Ci, którzy nachylali się do Boga, wpadną w rozpięte ramiona Jezusa Chrystusa. Specjaliści od nienawiści i zadawania cierpienia innym, wpadną w śmierdzącą satysfakcję, że są „kimś” i pozostaną „kimś” na całą wieczność. Jednak będą „kimś” pisanym przez małe „k”. Ta myśl towarzyszyła mi podczas pobytu w lesie, kiedy z bratem szukaliśmy odpowiednio długiego i prostego drzewa. W tym czasie narodziła się jeszcze jedna refleksja, mianowicie w lesie nie ma prostych drzew, nawet te na pozór idealne, kiedy spojrzy się na nie z bliska, też są w którąś stronę pochylone. Ku czemuś się wygięły. Po podcięciu piłą polecą dokładnie w tę stronę, w którą naginały się przez całe życie. Tak też było i z naszą sosną. Wielki trzask upadku i leży dokładnie tam, gdzie się nachylała przez całe dziesięciolecia. Oczywiście można też drzewo naciągać czy ukierunkowywać w inną stronę, żeby upadło nie tam, gdzie wiedzie je naturalna siła ciążenia, ale właśnie gdzie chcemy my. Trochę bardziej pozytywna z tego i już moja, dorobiona naprędce, teologia. Bo przecież jest szansa, że i człowieka przy śmierci ktoś z bliskich albo KTOŚ z góry „popchnie” we właściwym kierunku. Pewności nie ma, dlatego też każdy powinien zadbać o to, żeby pochylić się we właściwym kierunku i „naginać się” w ciągu życia ku temu, co prawdziwe, dobre, piękne i co ostatecznie nazwać można Bożym.

Konstrukcję dla gniazda zespawał zaprzyjaźniony kębłowski ślusarz – Mieczysław Grelak. Wykonał ją z materiału, który dziwnym zrządzeniem losu nie trafił jeszcze na złomowisko. A była nim stara niemiecka brona, która kiedyś, ciągnięta przez konie, przygotowywała nasze rodzinne pola pod zasiew zboża. Została wspawana w wielką stalową obręcz dawnego drewnianego koła powozu. I ta obręcz też jest wymownym znakiem lokalnej ziemi, bo kiedyś toczyła się po drogach wolsztyńskiego powiatu. Teraz, zarówno brona, jak i obręcz koła, będąc na „zasłużonej emeryturze”, nigdzie już nie pojadą, ale pozostaną w jednym miejscu, zawieszone wysoko nad ziemią, której nieświadomie, ale wytrwale służyły od ponad stu lat. Co więcej, będzie je łączyć z tą ojcowizną wyrosła w naszych rodzinnych „górkach” sosna. Zastanawiałem się, czy mój pradziadek Walenty Kotlarski, który sadził to drzewo przed stu laty i posługiwał się w gospodarstwie wspomnianą broną, czy też jeździł powozem z wyżej wymienioną obręczą na kole, mógł sobie wyobrazić lepszy finał tych rzeczy?! Z całą pewnością uśmiecha się z nieba, że jego prawnuk, Misjonarz Oblat Maryi Niepokalanej, wpadł na taki pomysł. Na koniec całość przykręcona została śrubami do wielkiego betonowego postumentu, który kiedyś podtrzymywał słup telefoniczny. Tym samym ten wspornik na nowo służy łączności, zarówno Polski z Afryką, jak i tradycji ze współczesnością.

Pozostaje nam tylko wyczekiwać szczęśliwego powrotu zwiastunów wiosny do Wielkopolski i osiedlenia się ich nad północnym kanałem Obry. Niewątpliwie będzie im tutaj dobrze, a życzliwości, uśmiechu i wielkiej radości ludzi na ich widok im nie zabraknie. Przecież są jak najbardziej nasze i w dodatku jeszcze bardzo kojarzą się z Polską. Parafrazując Norwida można powiedzieć, że zasługą jest dużą troszczyć się o gniazdo bocianie, bo wszystkim służą. Jeśli dobry Bóg pozwoli, to od tej wiosny i przez całe długie lata będą służyć ludziom w Kębłowie i sprawiać, że częściej oderwiemy wzrok od ziemi, żeby podnieść go w kierunku nieba, po którym będą latać.


Adrian Kotlarski OMI – ur. 1990, pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 2010 roku, a święcenia prezbiteratu przyjął w Obrze – 26 maja 2018 roku. Po posłudze duszpasterskiej we Wrocławiu został skierowany na studia specjalistyczne z zakresu dogmatyki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Mieszka w domu zakonnym w Lublinie.

 

(ak/zdj. A. Kotlarski OMI, M. Rogozińska, A. Rogoziński)