Od oblatów do Masterchefa: Oblaci zrobili ze mnie faceta

Bardzo dobrze wspominam pobyt w zakonie. Przyjechałem do Markowic jako chłopak, a opuściłem zgromadzenie jako dorosły, uformowany facet. Jestem za […]

3 października 2021

Bardzo dobrze wspominam pobyt w zakonie. Przyjechałem do Markowic jako chłopak, a opuściłem zgromadzenie jako dorosły, uformowany facet. Jestem za to wdzięczny. Wszystkim opowiadam, że oblaci zrobili ze mnie faceta – mówi Wojciech Szuciak, uczestnik dziesiątej edycji kulinarnego show „Mastyerchef”. Rozmawia z nim Hubert Piechocki.

Hubert Piechocki (misyjne.pl): Dwa odcinki „Masterchefa” z Twoim udziałem – i w obu otwarcie mówisz o swoim doświadczeniu bycia w seminarium oblackim, opowiadasz o swojej wierze. Nie było jakiegoś lęku, żeby taką tematykę podjąć w programie rozrywkowym? 

Wojciech Szuciak (uczestnik dziesiątej edycji „Masterchefa”): Nie było lęku. Ja jestem takim człowiekiem, że się nie krępuję, niczego się nie wstydzę. Coś jest albo czarne, albo białe. Jeśli wierzę w Boga, byłem w seminarium i Kościół traktuję bardzo poważnie – to nie boje się o tym mówić. Tak samo nie boję się opowiadać o tym,co mi pasuje i co mi nie pasuje, co lubię i czego nie lubię.

Jak producenci, realizatorzy, prowadzący, uczestnicy itp., ludzie związani z „Masterchefem”, zareagowali, gdy zorientowali się, że w ich gronie jest człowiek, który chciał zostać księdzem? 

Bardzo pozytywnie! Najbardziej zaciekawiony był szef Michel Moran. Opowiadałem mu o tym, jak wygląda życie klasztorne, to go bardzo interesowało. Najciekawsze wydało mu się to, że w klasztorze… pomagałem w rzeźni!

Ten wątek nawet był poruszony na wizji. To może opowiedzmy o tej pracy w rzeźni w klasztorze.

Żeby wykarmić 70 chłopów to trzeba było trochę tych świń tam ubić! Czasem jakąś krówkę też… Moja praca polegała na tym, że dostarczałem produkty do rzeźników, pomagałem przy uboju. Dzięki mnie mięso trafiało też do kuchni, do sióstr. Przyprawiałem je, pomagałem w wędzeniu. Taka fajna robota. Dość fizyczna, ale fajna. W Obrze miałem sporo urzędów. I jak je zdawałem, to trzeba było znaleźć trzy inne osoby, by je objęły – tyle miałem tam różnych zadań. Poza „rzeźnikiem” byłem też odpowiedzialny za grupę Przyjaciół Misji w Obrze, pełniłem też funkcję elektryka. Sporo tego było, ale przynajmniej się nie nudziłem.

(pixabay)

A skąd się wziął pomysł, żeby wstąpić do oblatów? Kiedy pojawiły się myśli, że warto sprawdzić, czy to jest ten kierunek?  

To było przypadkowe, choć w sumie przypadków nie ma, więc to musiało być Boże. Pochodzę spod Gorzowa Wielkopolskiego, z Witnicy. Zawsze chciałem być leśnikiem. Po gimnazjum przyszedł czas składania dokumentów do szkoły średniej. Mój starszy o rok kolega Józek był wtedy w Niższym Seminarium Duchownym w Markowicach. Bardzo mnie ciekawiło, czym jest to niższe seminarium. A dodam jeszcze, że wówczas nigdy na oczy w życiu nie widziałem oblata. Byłem po prostu ciekaw, jak wygląda życie w tym niższym seminarium, czy chodzą tam w sutannach, co robią na co dzień. Mój katecheta powiedział, żebym sprawdził sobie stronę internetową, zadzwonił i się wszystkiego dowiedział. Pchała mnie tam czysto ludzka ciekawość – a nie chęć wstąpienia. Napisałem maila, na którego odpisał mi o. Krzysztof Jamrozy. Prosił o numer telefonu, bo stwierdził, że łatwiej będzie porozmawiać przez telefon. Podałem numer, zadzwonił i mówi tak: „Co będziemy gadać przez telefon, weź rodziców i przyjedź do nas na obiad”. Wciąż byłem ciekawy, więc wziąłem rodziców i pojechaliśmy na ten obiad do Markowic. Tam rozmawiałem z o. Wiesiem Nowotnikiem. Opowiadał mi dużo o seminarium. I wtedy właśnie pierwszy raz w życiu zobaczyłem oblata – to był akurat br. Józiu Goleń. Zjedliśmy obiad, byliśmy na mszy, pogadaliśmy z ojcem Wiesiem i potem on dał mi kartkę z informacją o przyjęciu do niższego seminarium. Ja mówię: „Ojcze, ale ja nie składałem żadnych papierów, nawet nie wyrażałem chęci wstąpienia”. „Masz papiery, przydadzą ci się” – usłyszałem. I rzeczywiście, jak przyszło do składania dokumentów, to zabrałem papiery z Technikum Leśniczego i poszedłem do Markowic.

Czyli już szkoła średnia z oblatami.  

Tak. W pierwszej klasie w ogóle nie myślałem o tym, żeby po niższym seminarium wstąpić do nowicjatu. Na drugim roku zaczęło mi coś świtać – brałem tę możliwość już pod uwagę. Na trzecim roku po maturze wciąż nie byłem pewien: wstąpić czy nie wstąpić? Prowadziłem walki wewnętrzne. Dokumenty do nowicjatu wysłałem jako ostatni! Już było tak, że prawie trzeba było się pakować i zaczynać nowicjat, a ja dopiero dokumenty wysłałem. Przyjęli mnie. Najpierw był rok nowicjatu na Świętym Krzyżu, a potem pierwszy i drugi rok studiów w Obrze. Po pierwszym semestrze na trzecim roku stwierdziłem, że potrzebuję jeszcze trochę porozeznawać powołanie. Nie znałem w ogóle życia zewnętrznego, bo bardzo młodo wstąpiłem do niższego seminarium. Byłem przecież młodym chłopakiem, gdy wszedłem na tę drogę, miałem 15, 16 lat. Wziąłem urlop dziekański na studiach, poprosiłem o zwolnienie ze ślubów zakonnych i zadzwoniłem do mojej obecnej szefowej z hospicjum, czy by mnie na taki roczny urlop nie przyjęła do pracy. Zamieszkałem w hospicjum i pracowałem. Stwierdziłem też, że nie będę na siłę sobie nikogo szukał – dziewczyny, a potem żony. Jeśli mam zostać w świecie, to sama się znajdzie – stwierdziłem. I sama się znalazła! Do nikogo nie zagadywałem, ona wyhaczyła mnie jako pierwsza. I tak zostałem już „w świecie”.

Młodym często się wydaje, że wstąpienie do seminarium to wybór w jedną stronę. Tymczasem warto im chyba mówić, że to czas rozeznawania powołania. 

Klamka zapada dopiero w momencie złożenia ślubów wieczystych. Wtedy jest tak, jakbyś się z kimś ożenił. Jak żonie ślubujesz do końca życia, tak podczas ślubów wieczystych Panu Bogu ślubujesz do końca życia. Śluby czasowe są po to, żeby rozeznać powołanie. Są po to, żeby człowiek nie miał wątpliwości, żeby miał czas na zastanowienie się. Jak się już złoży śluby wieczyste – to przysięgi trzeba dotrzymać. Po to jest kilka lat formacji, żeby swoje powołanie rozeznać, rozpoznać. Dopiero po ślubach wieczystych przychodzi czas na przygotowanie do kapłaństwa – najpierw święcenia diakonatu, potem prezbiteratu.

Śluby wieczyste w Obrze (fot. P. Gomulak OMI)

Czas spędzony w zakonie musiał być czasem mocno wspólnotowym. 

Życie wspólnotowe było tym, co mnie najbardziej u oblatów urzekło. Nie potrafiłem sobie nigdy wyobrazić siebie jako księdza diecezjalnego. Księża diecezjalni nie żyją w typowych wspólnotach. Zazwyczaj jest proboszcz i wikary, którzy i tak prowadzą osobne życia. A u oblatów podobało mi się to, że zakonnicy wszystko robili razem. My, jako jeden kurs, chodziliśmy razem do pracy, na wykłady, do salki rekreacyjnej. Razem graliśmy w piłkę, chodziliśmy na spacery, jeździliśmy na kajaki. To było fajne, bo czuło się wsparcie. Było z kim pogadać, komu się wyżalić. Czasem dochodziło między nami do spin, ale fajne było to, że razem je wyjaśnialiśmy. Życie wspólnotowe u oblatów to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które mnie w życiu spotkały.

A jak wygląda kulinarna część klasztoru? Jedzenie było dobre? 

Smaczne było! Markowic nie nazywam jeszcze życiem klasztornym, bo tam nie mieliśmy żadnych zobowiązań. Panie gotowały tam smacznie, porcje były duże, choć mało kaloryczne. Ja jestem kawał chłopa. Jak wychodziłem z gimnazjum, to był ze mnie taki tucznik – zero mięśni, sam tłuszcz. Ważyłem ok. 90 kilogramów, w Markowicach schudłem do siedemdziesięciu kilku. Potem poszedłem do nowicjatu, tam jedliśmy już tłusto. Ale tam też miałem sporo pracy fizycznej. Na Świętym Krzyżu jest park i ogródek – dużo tam miałem do dźwigania. Przytyłem prawie do 100 kilogramów, ale część poszła już w mięśnie. Kuchnia tam była świetna! A w Obrze to już w ogóle było bardzo smacznie! I swojsko – swojskie masło, mleko, sery, wyroby z rzeźni… Cudne jedzenie! Do tej pory zostały mi nawyki z Obry i czasem w domu kręcę kiełbasy!

Obra słynie z tego, że to miejsce, które samo się gospodarzy. Oblaci mają tam wszystko „swoje”. I pewnie to właśnie młodzi chłopacy, którzy są na etapie formacji, odpowiadają za to wszystko.  

Gdyby nie pomoc kleryków, to pewnie nie dałoby się tego utrzymać. W Obrze jest potężne gospodarstwo, za moich czasów to było ok. 40 hektarów ziemi. Do tego 200 świń, trochę krówek. Było co robić. Gdy przybyłem do Obry, to nie funkcjonował ogród warzywny, stały tylko puste szklarnie. Z kolegami z kursu postanowiliśmy otworzyć na nowo choć jedną szklarnię. Nie znaliśmy się za bardzo na uprawie warzyw, ale metodą prób i błędów posadziliśmy sałatę. Cała szklarnia sałaty. Jak to wyrosło, to potem przez dwa tygodnie cały klasztor jadł wciąż sałatę. Potem były pomidory. Mnóstwo krzaków pomidorów. Akurat latem pojechałem na Syberię i dostawałem telefony od kolegów, że muszą zbierać codziennie 40 kilogramów pomidorów, tyle ich wyrosło. A potem ogródek chyba upadł.

A udało się w seminarium czasem coś ugotować? 

Nie, bo ja zacząłem  gotować dopiero po tym, jak moja żona wróciła w zeszłym roku w maju po urlopie macierzyńskim do pracy.

Czyli ta pasja do gotowania to bardzo świeże hobby! 

Wcześniej potrafiłem co najwyżej zrobić sobie jajecznicę! Albo odgrzać obiad! A najlepiej to mi wychodziło zamawianie kebaba w aplikacji. To było moje ulubione zajęcie kulinarne.

To teraz co najbardziej lubisz robić w kuchni? 

Najchętniej lubię gotować to, co smakuje dzieciom. Jakieś zupki, lekkie dania, może rybka. Moim ulubionym daniem to jest schabowy z kością. Ale przyznam, że raczej nie gotuję tradycyjnie, bo się na takiej kuchni nie znam. Nie mam doświadczenia w kuchni tradycyjnej, nikt mnie jej nie nauczył. Ale oglądam programy kulinarne, przeglądam dużo internetu i interesuje mnie bardzo kuchnia współczesna, prawie molekularna. Wtedy robię takie rzeczy wymyślne. W hospicjum mam nieregularny czas pracy, czasem mam kilka wolnych dni w tygodniu, a potem cały weekend w pracy. Z żoną mamy taki podział, że w tygodniu ja gotuję obiady, a w weekendy żona. W tygodniu mamy więc kuchnię fusion!

Zaraz po seminarium rozpoczęło się hospicjum i pracujesz w nim do dzisiaj. Na czym polega ta praca? 

Przyjąłem się w charakterze opiekuna medycznego. My do tego hospicjum przyjeżdżaliśmy jako klerycy na pierwszym i drugim roku na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Niektórzy jechali pomagać do więzienia we Wrocławiu, a inni właśnie do hospicjum. Za pierwszym razem bałem się tego miejsca. Ale jak już pojechałem i zobaczyłem, jak ta praca wygląda, to stwierdziłem, że będę w każdej wolnej chwili przyjeżdżał. Jak mi się udało z superiorem załatwić wolny weekend, to zawsze do hospicjum jeździłem. I tak zostałem w nim do dzisiaj.

(pixabay)

To musi być trudna praca. 

Jest ciężka psychicznie, to na pewno. Nie każdy nadaje się do tego, by pracować przy śmierci. Nie oszukujmy się – w hospicjum nie leżą zdrowi ludzie. Wszyscy mają na sobie „wyrok”, są chorzy terminalnie. Do hospicjum kwalifikuje się wyłącznie ludzi z nowotworami, i to już takimi nieuleczalnymi. Do ludzi nie można się przywiązywać, bo długo tu nie leżą. Moja praca polega na codziennej pielęgnacji – umyć, nakarmić, przebrać, założyć pampersa. Pomagam tym ludziom w tym, by na końcu życia mogli poczuć się godnie. Dużo daje tym chorym po prostu nasza obecność. Jestem właśnie po dyżurze. Jest taka pani, już jedną nogą na tamtym świecie. Jest w niej sporo lęku. Pół nocy przesiedziałem pryz niej w pokoju, trzymając ją za rękę. I zrobiła się spokojniejsza. Wiedziała, że ktoś przy niej czuwa. Nie liczę, ilu chorych przy mnie zmarło, bo bym zgłupiał.  Staram się też pracy nie przynosić do domu, choć moja żona jest pielęgniarką.

To praca, do której na pewno trzeba czuć powołanie. Chcę jeszcze zapytać o wspomnianą już Syberię – to wątek misyjny, który pojawił się w trakcie formacji.  

W nowicjacie ktoś nam opowiadał o Wierszynie. Mi to się spodobało. Ale nikomu nie opowiadałem, że chciałbym tam pojechać, zobaczyć, jak wygląda życie na tamtejszych wsiach. Po drugim roku superior, o. Józef Wcisło, pyta się mnie po modlitwach: „Paszport masz?”. „No mam paszport” – odpowiadam. „To na Syberię pojedziesz” – mówi. „Z przyjemnością!”. Spakowałem się i pojechałem, bez zastanowienia. Tak bardzo po oblacku, bo oblaci tak powinni mieć, że jak dostaną jakąś misję od Kościoła to pakują się i jadą. Nie mają się zastanawiać, tylko mają jechać tam, dokąd ich Kościół posyła.

Jak wyglądała podróż? 

Najpierw podróż do Berlina, stamtąd lot do Moskwy i z Moskwy do Irkucka. Cały dzień lotu – bo to 7 tys. kilometrów stąd. Tam mnie odebrał pracujący na miejscu werbista. Werbiści w Irkucku opiekują się katedrą. Zawiózł mnie do kurii, tam spędziłem jeden dzień. Nazajutrz biskup miał jechać do Wierszyny do ojca Karola i miał mnie tam zawieźć. Poznałem bp. Cyryla, niesamowity człowiek, taki misjonarz z krwi i kości. Bardzo pokorny, pracowity, uśmiechnięty, dla każdego ma czas, taki wzór do naśladowania dla księży i wiernych. W Wierszynie przez kilka pierwszych dni pomagałem ojcu Karolowi przy ogrodzie i w kościele. Ludzi tam na wsi chodzi do kościoła bardzo mało. Kilka starszych pań, trochę dzieci, a w tygodniu to tylko ojciec Karol i ja. Na Syberii mieszka bardzo wielu ludzi niewierzących. Ojciec Karol mówił mi, że podczas swego pobytu raz błogosławił ślub, a pogrzebu katolickiego chyba nigdy nie odprawiał. O tym, że ktoś umarł mówi mu świeży grób na cmentarzu. Potem pojechałem z ojcem Karolem i siostrami służebniczkami dębickimi na takie kanikuły z Bogiem dla dzieciaków z Wierszyny. Byliśmy tydzień w Listwiance nad Bajkałem. Wróciliśmy i potem ojciec Karol wysłał mnie na spotkanie młodzieży do Irkucka. Jeździłem sam, bez żadnej mapy, miałem komórkę, ale GPS nie działał, bo tam było tragicznie z zasięgiem. Zawsze trafiłem. Jeździłem z biskupem po okolicznych wsiach, poznałem trochę fajnych ludzi, zwłaszcza werbistów.

Zobacz: [Syberia: Mając 68 lat wyjechał na misje. Dziś obchodzi 79 urodziny. Dalej chce pozostać w Wierszynie…]

Nowi ludzie to zawsze ogromna radość. 

Był taki Witalij, wtedy kleryk. Stał pod katedrą i przywitał się ze mną po polsku. Zapytałem go, skąd zna polski. To odpowiedział, że był w nowicjacie w Pieniężnie. Była też jeszcze jedna śmieszna sytuacja. Stałem pod katedrą w habicie i podjechało dwóch motocyklistów. Próbują do mnie mówić po angielsku, ale słyszę, że ten angielski kaleczą. Jeden z nich pyta się, czy może po rosyjsku. I zaczął gadać po rosyjsku, ale też słyszę, że kaleczy ten język. Pomyślałem, że to jacyś  obcokrajowcy. Aż w końcu usłyszałem pewne charakterystyczne polskie słowo na „k” i już wiedziałem, że to Polacy! No i dalej już po polsku rozmawialiśmy. Okazało się, że jechali spod Lublina do Wierszyny. Dzięki oblatom do tej wioski przyjeżdża sporo pielgrzymów z Polski. Ojciec Karol zawsze cieszy się z takich wizyt. Syberia była dla mnie bardzo dobrym doświadczeniem. Miałem okazję zobaczyć, jak wygląda tamtejsze życie. Bardzo lubiłem poznawać miejscowych ludzi. Są bardzo gościnni. Jak ich odwiedzałem, to zawsze wracałem z mnóstwem jedzenia. Mleko, jajka, bliny, kaszanki… Całe torby jedzenia dostawałem.

Wracając do „Masterchefa” – który juror był Twoim ulubionym? 

Nie miałem jednego ulubionego, choć bardzo fajny był szef Przemek Klima. Wyzywał mnie za bałagan. Zrobiłem perliczkę i podałem do niej szparagi. Powiedział mi, że szparagi zrobiłem świetne i mam mu zostawić, żeby sobie potem mógł zjeść. Widać, że to autorytet kulinarny, nieprzypadkowo otrzymał gwiazdkę Michelina.

Promocja książki Magdy Gessler Fot. PAP/Łukasz Gągulski

A Magda Gessler była ostrą jurorką? 

Na pewno budzi respekt. Widać, że pani Magda naprawdę zna się na gotowaniu. Taki prawdziwy autorytet kulinarny, ma przeogromną wiedzę. Wie, co z czym połączyć, jakich użyć technik. Nie wszystko było widać w telewizji, ale jurorzy są bardzo otwarci. Często podchodzili do nas i nam pomagali. Gdy widzieli, że się w czymś gubimy, to przychodzili i nam doradzali. W ostatniej konkurencji pani Magda widziała, że mi się emulsja zwarzyła, to pomagała mi ją naprawić. Szef Michel za to pomógł mi zrobić sos do perliczki. Nie podawał wprost przepisu, ale naprowadzał, jak zrobić dobry sos. „Masterchef” to bardzo dobre doświadczenie. Spotkałem tam bardzo wielu pozytywnych ludzi. W telewizji widać tylko nas i jurorów, ale tam cała ekipa jest bardzo sympatyczna i pozytywna. Mnóstwo życzliwych ludzi.

Będzie kolejne podejście do „Masterchefa”? 

Jak mnie żona puści – to pójdę! Raczej spróbuję w przyszłym roku, ale zobaczymy, co będzie.

Przygoda z oblatami zakończyła się kilka lat temu, ale rozumiem, że Kościół cały czas jest ważny w Twoim życiu? 

Tak. Kościół wciąż jest bardzo ważny w moim życiu, pomaga mi w życiu rodzinnym z żoną i dziećmi. Z oblatami wciąż też trzymam kontakt. Niedaleko w Katowicach służy mój kolega kursowy, jest wikarym. Jak jest okazja, to się spotykamy. W hospicjum nie mamy teraz kapelana, to też często prosimy właśnie oblatów o pomoc. Kontakt z oblatami wciąż jest.  Bardzo dobrze wspominam pobyt w zakonie. Przyjechałem do Markowic jako chłopak, a opuściłem zgromadzenie jako dorosły, uformowany facet. Jestem za to wdzięczny. Wszystkim opowiadam, że oblaci zrobili ze mnie faceta.

 

(misyjne.pl