O Piśmie Świętym, oblackim charyzmacie i postaci Sługi Bożego o. Ludwika Wrodarczyka OMI z o. Pawłem Gomulakiem OMI rozmawia Dagmara Nawratek – autorka blogu Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. o. Ludwika Wrodarczyka OMI.

 

Dagmara Nawratek: Jest Ojciec misjonarzem ludowym (rekolekcjonistą). Jak wspomina Ojciec czas swojego nowicjatu oraz początek posługi kapłańskiej? Co pomogło Ojcu w rozpoznaniu Bożego powołania?

Paweł Gomulak OMI: Od dziecka byłem ministrantem i myśl o kapłaństwie pojawiła się dość wcześnie. Był taki czas, że w domu był ołtarzyk, a kilka zasłon przerobiłem na „ornaty”. W mojej parafii posługiwali księża świeccy (diecezjalni), ale przyglądając się ich życiu, brakowało mi wspólnoty. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że zostanę oblatem. Misjonarze oblaci mieli dom zakonny w Lublinie na terenie mojej parafii, czasem pomagali duszpastersko w naszej wspólnocie. Pierwszą rzeczą, którą zapamiętałem, był wielki krzyż, który nosili za pasem – choć wtedy myślałem, że „to może jacyś jezuici”. W międzyczasie zrodziło się we mnie pragnienie głoszenia słowa Bożego, ale nie wiązało się ono z żadnym konkretnym zgromadzeniem zakonnym. Aż po kolędzie trafił do nas oblat, który z uporem chciał mój adres, żeby podać go do sekretariatu powołań i wciąż powtarzał: „Ty to będziesz oblatem”. Był bardzo namolny, więc na odczepkę dałem mu adres i tak trafiłem do oblatów.

Nowicjat był dla mnie czasem pierwotnej miłości. Chyba każdy zakonnik tak wspomina ten okres. Czas jest w nim podzielony na modlitwę, formację intelektualną i zakonną, pracę i budowanie wspólnoty. Wszystko we właściwych proporcjach. Miałem bardzo dobrego mistrza – z perspektywy czasu widzę, jak wielką mądrością się kierował. Nowicjat był solidnym fundamentem.

W trakcie seminarium zafascynowałem się Chinami. Byłem wtedy wokalistą w zespole kleryckim „Gitary Niepokalanej”, na jednym z koncertów na Podkarpaciu przyjechał także mój współbrat – misjonarz z Hongkongu. Pamiętam z jaką pasją opowiadał o Chinach i jak obierał jabłko odwrotnie niż Europejczycy (śmiech). Powiedział mi wtedy, że nadaję się do pracy w Chinach, bo język chiński jest toniczny i trzeba mieć do niego dobry słuch. Zacząłem się go uczyć, pochłaniałem książki o Państwie Środka, oglądałem telewizję chińską. I poprosiłem o możliwość wyjazdu do Chin po święceniach. Pan Bóg jednak pamiętał o moim pierwotnym pragnieniu i tak skierowano mnie do misjonarki ludowej.

Termin „misjonarz ludowy” nie jest może zbyt jasny dla przeciętnego odbiorcy. Pochodzi z języka francuskiego – missionaire populaire. Wolę tłumaczenie „misjonarz powszechny”, bo bardziej oddaje charakterystykę naszej posługi. To oblaci, którzy są specjalnie dobierani do głoszenia słowa Bożego. W ciągu roku głosimy misje parafialne, rekolekcje okresowe (wielki post, adwent), rekolekcje tematyczne, zamknięte, kazania okolicznościowe etc. To tacy specjaliści od głoszenia Ewangelii. Taką posługę pełnię od święceń, choć obecnie w trochę mniejszym wymiarze ze względu na obowiązku związane z mediami.

Studiował Ojciec teologię biblijną na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiego. Co najbardziej fascynuje Ojca w biblistyce?

Fascynuje mnie Biblia. W dużej mierze wpłynął na to mój promotor pracy magisterskiej, którą pisałem z Apokalipsy św. Jana. Spoglądając na siedem listów do Kościołów Azji Mniejszej (Ap 1-3) odkrywałem niezwykłą relację Chrystusa do Kościoła oraz życie pierwotnych wspólnot chrześcijańskich.

A że z natury jestem dociekliwy (śmiech), nie lubię niedopowiedzeń. Wiara to dla mnie także rozumowe dociekanie – w myśl zasady św. Anzelma z Canterbury, jednego z założycieli dzisiejszych uniwersytetów: „Fides Quaerens Intellectum” (wiara domaga się rozumowego uzasadnienia), dążę do harmonii między wiarą a wiedzą. Zresztą o tym też pisze św. Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio” (wiara i rozum). Wiara bez rozumu może stać się przesądem i prowadzić do fundamentalizmu, a nawet fanatyzmu. Rozum bez wiary może się pogubić i skończyć w terminologii absurdu. Bóg jest dawcą i rozumu, i wiary. Te dwa dary nie są sobie przeciwstawne, ale muszą się wzajemnie przenikać, uzupełniać. Obcowanie z Biblią pozwala głębiej poznawać Boga, ale także prawdę o nas samych, o człowieku. To zadziwiające jak wiele prawd o świecie czy samym człowieku znajduje się od wieków w Biblii, a na przykład psychologia dochodziła do nich stosunkowo niedawno… Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Studia doktoranckie były dla mnie także pomocą w głoszeniu Ewangelii, poszerzeniem warsztatu kaznodziejskiego. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że totalnie rozsadziły mój dotychczasowy sposób myślenia.

Słowo Boga ma moc. I choć zawsze oblaci w głoszeniu koncentrują się na Dobrej Nowinie, zacząłem na nowo odkrywać, że słowo Boże, które się głosi, niesamowicie dotyka serc słuchaczy.

Papież Franciszek powiedział: „Biblia nie jest pięknym zbiorem świętych ksiąg do studiowania, jest Słowem do zasiewu, darem, który Zmartwychwstały prosi, aby wziąć i dzielić się nim, by w Jego imię rodziło się życie”. Co jako pasjonat słowa Bożego mógłby Ojciec doradzić czytelnikom? W jaki sposób możemy nauczyć się interpretować Pismo Święte?

Przede wszystkim, kiedy czytamy Biblię musimy mieć świadomość, że to raczej ona czyta nasze życie i domaga się naszej odpowiedzi. Wiele razy doświadczałem, że słowa, które czytałem, zapadały w moim sercu i odkrywałem ich treść dla mojego życia niekiedy po miesiącach, czy latach. Słowo padało jak ziarno, ale gleba mojego serca musiała dojrzeć, aby wydało ono plon. Przy czym to w Słowie jest moc, a nie w moich wysiłkach – do mnie należy odpowiedź. Czasem nam się wydaje, że nic nie pamiętamy z Ewangelii, którą usłyszeliśmy, albo fragmenty, który przeczytaliśmy, pozostają – czasem po tygodniach, miesiącach, czy latach wracają z darem zrozumienia. Słowo zostało rzucone i prędzej czy później wejdzie w dialog z naszym życiem.

Pierwsza rada, jaką usłyszałem kiedyś od mojego biblijnego mentora, że Biblię czyta się na głos! Tego uczą też nas Żydzi. Słowa się słucha… Lubię tak czytać słowo Boże, kiedy dźwięk słów fizycznie jest łapany przez moje uszy.

Po drugie, czytać i nie zniechęcać się. W Biblii jest wiele miejsc trudnych. Warto zatrzymywać się na słowach, które szczególnie nas dotykają, denerwują, albo budzą nasz sprzeciw. Można wtedy wejść w dialog z Bogiem. To niesamowite, usłyszeć, poczuć, czy odkryć Jego odpowiedź. Warto zacząć od Ewangelii i Nowego Testamentu, ale też sięgać do Pierwszego Przymierza. Stary Testament staje się jaśniejszy z perspektywy nowego. Biblia jest całością, więc należy interpretować ją właśnie w ten sposób.

Po trzecie, myślę, że sformułowanie „W jaki sposób możemy nauczyć się interpretować Pismo Święte” jest trochę niefortunne. Już wyjaśniam. Święty Piotr przestrzega nas: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia” (2 P 1,20). Od interpretacji Biblii jest przede wszystkim Urząd Nauczycielski Kościoła. W niektórych momentach potrzeba wiedzy specjalistycznej, ale także i spojrzenia na Biblię z perspektywy życia pierwotnego Kościoła.

To, co teraz powiem, może wydawać się herezją, ale w Biblii nie ma wszystkiego! Prosty przykład. W Dziejach Apostolskich znajduje się chociażby cytat Jezusa, który przytacza Paweł: “Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (zob. Dz 20,35). Konia z rzędem temu, kto znajdzie te słowa w Ewangeliach… Nie ma! Musimy mieć świadomość, że każda Ewangelia zawiera to, co najważniejsze, żeby człowiek uwierzył, że Jezus jest Mesjaszem. Każdy z Ewangelistów pisał też do określonych odbiorców, stąd dobierał też inne argumenty, czy fragmenty życia Jezusa. Mateusz pisał do Żydów, stąd na początku jest genealogia. Każdy Żyd musiał udowodnić, że jego korzenie tkwią w Narodzie Wybranym. Marek spisał wspomnienia św. Piotra, Łukasz pisał do świata greckiego i zawarł wspomnienia Maryi – chociażby Zwiastowanie. Ewangelia Jana w końcu jest spojrzeniem doświadczonego Apostoła, który jako starzec spogląda na żyjący i funkcjonujący Kościół. Dlatego zapewne w opisie Ostatniej Wieczerzy przytacza obrzęd obmycia nóg czy testament Jezusa (modlitwa o jedność Jego uczniów). Dlatego też w Nowym Testamencie nie znajdziemy wprost opisu, jak wyglądała chociażby spowiedź, nie znajdziemy dokładnego opisu kanonu Mszy świętej (w Dziejach Apostolskich określanej „łamaniem chleba”), czy opisu Wniebowzięcia Maryi. Brutalnie mówiąc, na tym etapie było to „niepotrzebne”. Jak ktoś uwierzył w Dobrą Nowiną o Chrystusie, wchodził do wspólnoty Kościoła i tam uczył się reszty.

Wracając do mojej przygody z pracą magisterską. Listy do Kościołów Apokalipsy pokazują już życie pierwotnej wspólnoty. Mamy instytucję starszego (biskupa) z sukcesją. Na przykład w Smyrnie biskupem był św. Polikarp, ustanowiony przez św. Jana. Kiedy spojrzymy troszkę dalej, w nauczaniu np. św. Justyna (II wiek) – dla przypomnienia św. Jan Ewangelista umiera prawdopodobnie na początku II wieku – znajdujemy już wykład o kanonie Mszy świętej, listy św. Ignacego Antiocheńskiego z tego samego czasu, które zawierają między innymi pouczenia o jedności prezbiterium (kapłanów) z biskupem podczas Eucharystii itd. Widzimy jak żył Kościół. Podobnie praktyka celibatu, którą zresztą zaproponował sam Jezus (zob. Mt 19,12).

Stąd indywidualna interpretacja niesie takie niebezpieczeństwo, jakie widzimy chociażby we wspólnotach pentakostalnych (zielonoświątkowych) – nagle ludzie biorą Biblię i nie patrząc na Tradycję Apostolską i życie pierwotnego Kościoła, dochodzą do absurdalnych wniosków. Spójrzmy na Eucharystię, którą większość odłamów protestanckich traktuje jako pamiątkę, wspomnienie, odrzucając realną obecność Jezusa. Ale Jezus mówiąc „czyńcie to na Moją pamiątkę” używa konkretnego terminu, który odnosi się do hebrajskiej tradycji obchodzenia Paschy (zikkaron). Dlatego, chcąc być wiernym Jego nakazowi, my przeżywamy Mszę świętą jako uobecnienie – stajemy się świadkami Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. I dlatego też wierzymy w Jego realną obecność – On nie powiedział przecież: to tak jakby Ciało Moje, albo: to symbol Ciała Mego.

Reasumując, gorąco zachęcam do czytania Pisma Świętego. Ale jednocześnie sięgajmy po Katechizm Kościoła Katolickiego, słuchajmy nauki Kościoła, a jeśli czegoś nie rozumiemy, możemy sięgnąć po komentarz biblijny lub po prostu spytajmy się swojego duszpasterza.

Obecnie pełni Ojciec posługę kapłańską w domu zakonnym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Lublińcu. Czym wyróżnia się codzienne życie wspólnoty oblackiej w najstarszym klasztorze oblackim w Polsce?

Rzadko tu jestem (śmiech). Ze względu na powierzoną mi funkcję odpowiedzialności za media oblackie, często jestem w rozjazdach. Jestem też tutaj stosunkowo niedługo – od lipca 2020 roku. Typowy dom oblacki przede wszystkim zajmuje się misjonarką ludową – to podstawowe nasze zadanie, wynikające z charyzmatu. Przy większości domów prowadzimy także parafie. Tak też jest w Lublińcu. Ale oprócz tych posług, oblaci są również kapelanami w szpitalach i więzieniu, posługują siostrom zakonnym, a jeden z oblatów-braci zakonnych pracuje w szpitalu jako wykwalifikowany pielęgniarz. W Lublińcu znajduje się także tzw. infirmeria, czyli miejsce, gdzie ostatnie miesiące czy lata życia spędzają we wspólnocie oblackiej obłożnie czy terminalnie chorzy zakonnicy.

Został Ojciec ustanowiony Misjonarzem Miłosierdzia przez papieża Franciszka. Co jest dla Ojca najważniejsze w realizacji oblackiego charyzmatu?

Dla mnie to wielkie wyróżnienie – znaleźć się w gronie około tysiąca kapłanów z całego świata, których papież Franciszek powołał do pełnienia tej wyjątkowej posługi. Wiąże się ona m.in. ze sprawowaniem sakramentu pokuty. Misjonarze Miłosierdzia mają władzę odpuszczania najcięższych grzechów i kar zarezerwowanych Stolicy Apostolskiej. Jedną z takich zbrodni jest np. znieważenie Najświętszego Sakramentu. Ale to nie wszystko, Ojciec Święty pragnie, żeby Misjonarze Miłosierdzia byli kapłanami, do których jest łatwy dostęp i którzy będą w sposób szczególny ukazywać matczyne oblicze Kościoła. Stąd kierowani są do nas, bądź przychodzą sami, ludzie o nieregularnej sytuacji moralnej. Czasem jest to kwestia spowiedzi, a niekiedy też towarzyszenie im i przypominanie, że nadal są częścią Kościoła, umiłowanymi dziećmi Boga.

Oczywiście wpisuje się to w charyzmat oblacki, bowiem jednym z wymiarów posługi misjonarskiej jest sprawowanie sakramentu pokuty i pojednania. Tradycją naszego Zgromadzenia jest gest wręczania penitentowi podczas spowiedzi krzyża oblackiego. Niekiedy ten prosty gest mocno otwiera serce człowieka.

Jeden z papieży nazwał oblatów „specjalistami od misji trudnych”. Wzięło się to z tego, że tam, gdzie inne zgromadzenia nie chciały podjąć pracy misyjnej, tam szli oblaci. Święty Eugeniusz pozostawił nam troskę, aby iść wszędzie tam, gdzie człowiek ma najsłabszy kontakt z Kościołem. To Franciszkowe peryferie, na które wciąż wychodzi jako papież.

Dokument Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu mówi o tym, że w przestrzeni wirtualnej nie ma sakramentów. Ojciec Ludwik Wrodarczyk OMI w liście do matki, braci i sióstr z Obry napisał: „Tak, jak ciało posilamy kilka razy na dzień, tak i duszę trzeba odżywiać przez Komunię Świętą, częściej aby nie osłabła i nie zmarniała”. Jak jeszcze możemy odżywiać naszą duszę w czasie epidemii? Pełni Ojciec funkcję Koordynatora Medialnego Polskiej Prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Czy w jakiś sposób możemy starać się stworzyć wirtualną wspólnotę w tych niezwykle trudnych czasach?

Wspólnota wirtualna jest pewnego rodzaju oksymoronem. To trochę tak, jak „wierzący-niepraktykujący”. Nie da się zbudować wspólnoty wirtualnej, bo dla wspólnoty kluczowe są więzi, a tu trzeba obecności, bycia ze sobą. W naszych czasach mamy już małżeństwa „wirtualne”. Kiedy jeden z małżonków wyjeżdża w celach zarobkowych na Zachód i próbuje jakoś budować wspólnotę na odległość. Z doświadczenia wiemy, że wiele z tych małżeństw dotykają głębokie kryzysy, a niektóre po prostu rozpadają się.

Myślę, że świat wirtualny może być zaproszeniem do budowania wspólnoty, ale jej nie zastąpi. Tak też traktuję media – ukazywanie działalności oblackiej, czy ogólnie Dobrej Nowiny, aby zachęcić do zaangażowania się w realu. To także troska o ukazywanie ogromu dobra, jakie dzieje się w Kościele, szczególnie teraz, gdy uderzają w nas coraz to nowe skandale.

Brak realnej obecności we wspólnocie parafialnej osłabia wiarę. Nie da się uczestniczyć we Mszy świętej na odległość. Brutalnie mówiąc, jeśli jesteś głodny, spróbuj stanąć przed witryną piekarni i najeść się przez szybę – nie da rady. Podobnie jest z Eucharystią. Jest to jakaś forma zastępcza, wtedy gdy naprawdę nie możemy, ale nie jest to uczestnictwo. Nie budujemy też żadnej wspólnoty, bo nas na niej nie ma.

Jest Ojciec również redaktorem portalu oblaci.pl, gdzie zostały opublikowane wiersze laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Sługi Bożego o. Ludwika Wrodarczyka OMI. Honorowy patronat nad wydarzeniem objęli Burmistrz Miasta Radzionkowa dr Gabriel Tobor oraz Prowincjał Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Polsce o. prof. UAM dr hab. Paweł Zając OMI. Patronat duchowy objęła Delegatura Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej na Ukrainie i w Rosji na czele z Superiorem o. dr. Pawłem Wyszkowskim OMI. Czy mógłby Ojciec podzielić się swoimi refleksjami na temat tego konkursu i opowiedzieć co najbardziej poruszyło Ojca podczas czytania wierszy uczestników?

Ideały. Papież Franciszek podkreśla, że ludzie młodzi są ludźmi ideałów, krytycznie podchodzą do układów świata dorosłych, które są pragmatyczne. Mają w sobie ducha prorockiego, chcą zmieniać świat, wciąż widzą, że może być lepiej. Problem nas – ludzi dorosłych – polega na tym, że my tę prorocką wizję świata tracimy. Często też podcinamy skrzydła młodym, mówiąc, że tak się nie da, że to tylko mrzonki, że świat taki być musi.

W wierszach poruszył mnie zachwyt młodych nad ofiarą z życia ojca Ludwika. Oddać wszystko dla Boga i drugiego człowieka. Można powiedzieć, że ojciec Wrodarczyk pozostał prorokiem, wciąż miał odwagę i pasję ludzi młodych, chciał zmieniać świat, a nie tylko godzić się z zastaną rzeczywistością.

Ojciec Ludwik Wrodarczyk OMI w liście do matki, braci i sióstr z Obry napisał: „Bo On (Bóg) nie patrzy na wielkość czynów, ale na naszą dobrą wolę, na nasze serca, na intencję”. Czyniąc małe rzeczy, również możemy nieść innym ludziom dobro. Czego jeszcze młodzi ludzie mogą nauczyć się od misjonarza? Co sprawia, że młodzież znajduje w nim tak wiele inspiracji?

Na ten temat napisałem już we wcześniejszym pytaniu, ale myślę, że my wciąż czekamy na jakieś wielkie okazję, żeby Bogu okazać naszą miłość i wierność. A życie tak nie działa… Miłość buduje się w prostych wydarzeniach dnia codziennego. Być może „wielkie okazje” nigdy nie przyjdą.

Podczas spotkania dla Misjonarzy Miłosierdzia z papieżem Franciszkiem w Rzymie kardynał Konrad Krajewski mówił o tym, że Ewangelia to tu i teraz, nie wczoraj – bo już nie zmienimy minionego czasu, ani nie marzenia o jutrze – bo nie wiemy, co będzie. Mówił wtedy o scenie Zwiastowania. Anioł czekał na odpowiedź Maryi tu i teraz. Taki był Ludwik. Nie rozpamiętywał przeszłości, ani nie skupiał się tylko na przyszłości. Tu i teraz są ludzie, którzy potrzebują mojej pomocy – czasem to tak niewiele: uśmiech, dobre słowo, wsparcie… Myślę, że ludzie młodzi doskonale to rozumieją, młodość cechuje się niesamowitą zdolnością empatii – ludzie młodzi chcą zmieniać ten świat. Szkoda, że tak szybko z tego wyrastają, albo ludzie dorośli wyrywają ich z tego marzenia. Ludwik pozostał młodym aż do końca.

Ewangelia musi być zaczynem, który fermentuje, musi być ziarnkiem musztardy, z której wyrasta wielkie drzewo. Jest procesem, zaproszeniem do twórczości. Niestety my, dorośli, często traktujemy ją statycznie.

 

Wywiad ukazał się na łamach “Głosu Radzionkowskiego” (4/2021 i 5/2021)