Święty Krzyż: Gabriel's Oboe Ennio Morricone z filmu "Misja"
Przed nami kolejny utwór w wykonaniu nowicjuszy ze Świętego Krzyża.
We wspólnocie nowicjackiej postanowiliśmy uczcić 205. rocznicę powstania naszego Zgromadzenia, przygotowując kolejny muzyczny filmik. Tym razem inspiracją był niezapomniany film „Misja” ze wspaniałą muzyką Ennia Morricone. Nawiązując do sceny, w której muzyka grana na oboju przez ojca Gabriela zachwyciła Indian Guarani, stając się wstępem do ich ewangelizacji, staraliśmy się odtworzyć ten zachwyt i mamy nadzieję, że nam się udało. Pozdrawiamy wszystkich misjonarzy oblatów oraz naszych przyjaciół, przypominając słowa św. Jana Pawła II, który w Liście do artystów pisał: „Kościół potrzebuje sztuki. Piękno zaś jest kluczem tajemnicy i wezwaniem transcendencji” – powiedział o. Krzysztof Jamrozy OMI, mistrz nowicjatu na Świętym Krzyżu.
(pg)
Kodeń: Modlitwa za poległych w zwycięskiej bitwie o Kodeń w czasie powstania styczniowego
W kodeńskim sanktuarium odbyły się uroczystości związane ze 158. rocznicą wybuchu powstania styczniowego. Dla mieszkańców sapieżyńskiego grodu jest to jednocześnie wspomnienie zwycięskiej bitwy o Kodeń w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku. Eucharystii w intencji Ojczyzny oraz poległych powstańców przewodniczył proboszcz parafii i kustosz sanktuarium maryjnego – o. Dariusz Malajka OMI.
W sposób szczególny wspominaliśmy księdza infułata Tytusa Zegarta – kodeńskiego proboszcza i kodeńskich wikariuszy – Walentego Nawrockiego, Józefa Jasińskiego, Edwarda Wojewódzkiego, Leona Zakrzewskiego, którzy wspierali powstańców modlitwą i posługą kapłańską – wyjaśnia o. Dariusz Malajka OMI – W naszej modlitwie przypomnieliśmy również duchownych unickich, księży Szymona Horoszkiewicza z Kodnia i Jana Bojarskiego z Zabłocia. Wspominaliśmy i modliliśmy się za wszystkich tych, którzy w styczniową noc z 22 na 23 stycznia 1863 roku wyszli ze szlacheckich zaścianków Tuczna i Choroszczynka, z Kodnia i okolicznych wsi oraz ze wszystkich miast, wiosek i dworów Królestwa Polskiego, aby walczyć o wolność Ojczyzny.
Po Mszy świętej w kodeńskiej bazylice, odbyła się krótka akademia oraz odczytano apel pamięci. Nawiązaniem do wydarzeń zrywu niepodległościowego była młodzież przebrana w stroje powstańców.
Z powodu pandemii zrezygnowaliśmy z tradycyjnego projektu „Na Kodeń marsz!”, czyli pokonania ponad 4 kilometrowego odcina z lasku „Borek”, w którym powstańcy koncentrowali się przed atakiem na Kodeń oraz z ogniska po uroczystościach – tłumaczy Jacek Malarski z Towarzystwa Przyjaciół Kodnia.
(pg/zdj. K. Stawicka)
Sławomir Kalisz OMI, Hongkong: "Zawsze to we mnie siedziało. Jako oblat posłany jestem do najuboższych..." [rozmowa]
Hongkong to świat wielu kontrastów: bardzo bogate miasto, w którym żyje niezliczona liczba bezdomnych i biednych. Oni są wszędzie: na ulicach, pod wiaduktami, na dachach domów w tzw. slumsach. Myśląc o Hongkongu widzimy dziesiątki niebotycznych wieżowców i drapaczy chmur. I taka jest prawda. Teren jest bardzo ograniczony, a żyje tu blisko 8 milionów ludzi – mówi Sławomir Kalisz OMI w rozmowie z Konradem Schneiderem.

Konrad Schneider: Zaraz po skończeniu seminarium w Obrze wyjechałeś do pracy misyjnej w Hongkongu. Mógłbyś przybliżyć nam swoją drogę życiową w Azji?
Sławomir Kalisz OMI: Zgadza się. Po moich święceniach 20 czerwca 1996 r. tylko przez kilka miesięcy przebywałem w Polsce. Już w połowie września – pamiętam jak dziś, to był piątek, 13. – wyleciałem do Hongkongu. Ale to był stres – pierwszy lot samolotem, i moje pierwsze zetknięcie z tą ogromną metropolią. Do tego problemy komunikacyjne, bo nie znałem wtedy ani angielskiego, ani chińskiego. Po dwóch tygodniach rozmów „na migi” wyleciałem do Australii, gdzie przebywałem do czerwca 1997 r., ucząc się intensywnie języka angielskiego i pomagając w sąsiednich parafiach. Terminy nagliły, ponieważ od 1 lipca 1997 r. Hongkong oficjalnie przechodził pod panowanie Chin. Zależało nam na otrzymaniu wizy, ponieważ ona była podstawą do pozostania w Hongkongu po przyłączeniu do Chin. W przeciwnym wypadku nikt nie był pewien, czy będzie możliwość wjazdu do Hongkongu po 1 lipca 1997 r. dla misjonarzy. W tym czasie wielu obcokrajowców oraz miejscowych opuszczało miasto. Wizę dostałem i od razu zapisałem się na kurs języka chińskiego – kantońskiego, którego uczyłem się dwa lata na tamtejszym Uniwersytecie Chińskim. Od lipca 2000 r. mogłem wreszcie zacząć działać w chińskim duszpasterstwie w parafii św. Judy Tadeusza. Odprawiałem Msze św., były chrzty, śluby, pogrzeby, grupa ministrantów, biuletyn parafialny, praca powołaniowa. Rok później przez cztery miesiące pracowałem w parafii St. Mary’s. W połowie grudnia 2001 r. zostałem mianowany proboszczem w oblackiej parafii Notre Dame, stając się tym samym najmłodszym proboszczem (31 lat) w całej diecezji Hongkong. Potem trzykrotnie wybierano mnie na dziekana (w dwóch dekanatach), byłem członkiem wielu diecezjalnych komisji, potem superiorem Delegatury Chińskiej, byłem i jestem nadal odpowiedzialny za nasze oblackie szkoły w Hongkongu (trzy szkoły podstawowe i jedna szkoła średnia), ponadto zarządzam dwiema szkołami. Przez ostanie cztery lata (do końca grudnia 2020 r.) byłem przez dwie kadencje przewodniczącym wszystkich wyższych przełożonych zakonnych w Hongkongu. Od lipca 2013 r. do chwili obecnej jestem proboszczem parafii St. Alfred’s.
To ciekawa historia z tymi szkołami. Oblaci przybyli do Hongkongu dość późno, bo w połowie lat 60. Mimo tego od razu zaczęli budować szkoły w jednym z najstarszych, a zarazem najbiedniejszych rejonów miasta, w tzw. Dzielnicy Trzynastu Ulic (w dzielnicy robotniczej w Kowloon).

Odnoszę wrażenie, że uczniowie są dla Ciebie bardzo ważni.
To ciekawa historia z tymi szkołami. Oblaci przybyli do Hongkongu dość późno, bo w połowie lat 60. Mimo tego od razu zaczęli budować szkoły w jednym z najstarszych, a zarazem najbiedniejszych rejonów miasta, w tzw. Dzielnicy Trzynastu Ulic (w dzielnicy robotniczej w Kowloon). Dzięki temu umożliwiono najbiedniejszej warstwie społeczeństwa możliwość kształcenia i nauczenia się podstaw różnych zawodów. Z czasem przejęliśmy także szkołę prowadzoną przez siostry zakonne z Belgii, którą musiały oddać z powodu braku personelu zakonnego. Jak już mówiłem, obecnie jestem odpowiedzialny za dwie szkoły. Wiele lat temu zauważyłem, że tutejsze dzieci głuchonieme nie uczą się wraz z rówieśnikami, tylko muszą chodzić do szkół specjalnych. Ponieważ ich poziom jest bardzo słaby, taka edukacja z góry rzutuje na przyszłość kończących je absolwentów. Zastanawiałem się, co można dla tych uczniów zrobić. Wraz z moimi nauczycielami, we współpracy z Chińskim Uniwersytetem w Hongkongu, ułożyliśmy nową podstawę programową i otworzyliśmy klasy mieszane. Wszyscy słyszący uczniowie są zobowiązani do nauki podstaw języka migowego. W klasach, w których uczą się głuchonieme dzieci mamy dwóch nauczycieli prowadzących zajęcia. Podczas lekcji jeden z nauczycieli prowadzi ją i mówi, drugi w tym samym czasie przekłada jego słowa na język migowy. Oczywiście, są też zajęcia przeznaczone tylko dla niesłyszących. Dzięki temu rozwiązaniu umożliwiamy naszym głuchoniemym wspólny rozwój z ich rówieśnikami i wysoki poziom nauczania. Pozwalamy im wyjść z kulturowego getta. A pozostała część młodzieży kończy szkołę z dodatkową umiejętnością „migania” i z wrażliwością na problemy osób z niepełnosprawnościami.
Zagęszczenie ludności wynosi 7000 osób na kilometr kwadratowy (w Polsce: 123 osoby). Bezdomni i biedni budują swoje slumsy, swoje „domy” na dachach mieszkalnych bloków, ponieważ w innych miejscach trudno byłoby im znaleźć miejsce dla siebie. Latem jest tam zabójczo gorąco, zimą dotkliwie zimno.

W jaki sposób wpadłeś na pomysł, aby pomagać bezdomnym w Hongkongu?
Zawsze to we mnie siedziało. Jako oblat posłany jestem do najuboższych i to wezwanie czułem bardzo silnie w moim sercu. Hongkong to świat wielu kontrastów: bardzo bogate miasto, w którym żyje niezliczona liczba bezdomnych i biednych. Oni są wszędzie: na ulicach, pod wiaduktami, na dachach domów w tzw. slumsach. Myśląc o Hongkongu widzimy dziesiątki niebotycznych wieżowców i drapaczy chmur. I taka jest prawda. Teren jest bardzo ograniczony, a żyje tu blisko 8 milionów ludzi. Zagęszczenie ludności wynosi 7000 osób na kilometr kwadratowy (w Polsce: 123 osoby). Bezdomni i biedni budują swoje slumsy, swoje „domy” na dachach mieszkalnych bloków, ponieważ w innych miejscach trudno byłoby im znaleźć miejsce dla siebie. Latem jest tam zabójczo gorąco, zimą dotkliwie zimno. Nasza Dzielnica 13 Ulic należy do najbiedniejszych w całym mieście, co dodatkowo zwiększa liczbę bezdomnych. W moich pierwszych latach posługi w każdy czwartek chodziłem po tych dachach i przynosiłem im jakieś jedzenie, owoce. Ale to była kropla w morzu potrzeb. Mam dobry kontakt z młodzieżą parafialną i poprosiłem ich o pomoc. W 2002 r. było nas już czworo, odwiedzaliśmy najbiedniejszych i przynosiliśmy im od 30-80 posiłków tygodniowo. W każdej nowej parafii poznawałem kolejnych młodych ludzi, którzy chcieli się zaangażować w naszą akcję. Znaczące były Światowe Dni Młodzieży w Australii w 2008 r. Wspólnie przeżyte chwile pozwoliły naszym młodym wolontariuszom odkryć ich własną tożsamość. Polecieliśmy tam jako luźna grupa, a wróciliśmy jako scementowane bractwo, które chciało się świadomie włączyć w dzieło ewangelizacji. Założyliśmy Oblate Youth Group Hong Kong, stowarzyszenie młodych z oblackim charyzmatem. Oni szybko podchwycili ideę pomocy najuboższym i nadali jej nowego tempa. Obecnie już od 3 lat odpowiedzialnym za całość jest mój współbrat, o. Mark Serna OMI. W każdy piątek rozdajemy w dwóch punktach około 500 pełnowartościowych posiłków. Składają się na nie: zupa, drugie danie; do tego dochodzą owoce, warzywa, pieczywo. Ostatnio wpadliśmy na kolejny pomysł. Ponieważ pobliskie punkty gastronomiczne mogą przyjąć z powodu pandemii ograniczoną liczbę gości i tylko w niektórych porach dnia, wprowadziliśmy formę kuponów obiadowych. W ten sposób wspomagamy restauratorów, a bezdomni w poniedziałki i środy mogą odebrać od nich posiłki „na wynos”.
Pierwsze pokolenie moich wychowanków już wyrosło, zdobyli zawód, założyli rodziny i mimo tego pozostajemy ze sobą w ciągłym kontakcie. Jedna osoba zdecydowała się zostać lekarzem. Widząc nasze potrzeby sama z siebie powołała wśród swoich koleżanek i kolegów ruch pomocy bezdomnym. Wielu z nich opodatkowało się dobrowolnie i regularnie odsyła część wypłaty na nasze konto.
Skąd zdobywacie środki na Waszą działalność?
Początki były trudne, w sumie kupowałem jedzenie z własnych oszczędności. Potem wstawiłem do kościoła skarbonkę, prosząc wiernych o datki. Poznałem ludzi w Caritas, którzy mi od czasu do czasu służyli pomocą, wprowadzając mnie w życie tych ludzi. A potem mogłem podziwiać efekt kuli śniegowej. Moja młodzież utworzyła stronę na Facebooku, gdzie zachęca innych do pomocy. Teraz mogę nieskromnie przyznać, że po tylu latach pracy jesteśmy rozpoznawalni w całym Hongkongu. To ułatwia nam pracę. Piekarze oddają nam niesprzedany chleb, podobnie ma się sprawa z owocami czy warzywami. Każdego tygodnia pakujemy naszą toyotę (duża osobówka na 8 osób) tak jak busa – aż po dach podarowanymi ubraniami czy innymi rzeczami i rozdajemy je potrzebującym. Tak samo ma się sprawa z maseczkami czy środkami ochronnymi. Na początku pandemii zgłosiły się do nas linie lotnicze Hong Kongu Cathay Pacific. Zawieszono ich loty, a one nie miały co zrobić z pakietami jedzenia, które w normalnej sytuacji otrzymują ich pasażerowie. Oczywiście wzięliśmy chętnie całe palety i cieszyły się one wśród naszych „podopiecznych” ogromnym powodzeniem (śmiech).
Okoliczni mieszkańcy widzą nasze zaangażowanie i dlatego codziennie dostaję od nich czeki na działalność charytatywną. Opowiem jeszcze o jednej ciekawej inicjatywie. Pierwsze pokolenie moich wychowanków już wyrosło, zdobyli zawód, założyli rodziny i mimo tego pozostajemy ze sobą w ciągłym kontakcie. Jedna osoba zdecydowała się zostać lekarzem. Widząc nasze potrzeby sama z siebie powołała wśród swoich koleżanek i kolegów ruch pomocy bezdomnym. Wielu z nich opodatkowało się dobrowolnie i regularnie odsyła część wypłaty na nasze konto. To dzięki nim możemy teraz finansować kupony na jedzenie. Mamy też konkretne plany na przyszłość. Chcemy uwolnić się od pełnej zależności wobec darczyńców i stanąć na własne nogi, aby być samowystarczalnymi. Caritas sama jest w biedzie i od czasu pandemii zakręciła dla nas kurki z pieniędzmi. Dlatego zamierzamy otworzyć sklep z rzeczami używanymi. Zysk ze sprzedaży byłby w całości przeznaczony na pomoc dla biednych. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie…
Zawsze to we mnie siedziało. Jako oblat posłany jestem do najuboższych i to wezwanie czułem bardzo silnie w moim sercu.
Czy podczas pracy zdarzały się jakieś niebezpieczne sytuacje?
Władze podchodzą bardzo restrykcyjnie do ograniczeń spowodowanych epidemią. To ma swój sens, podobną sytuację mieliśmy już kilka lat temu w związku z SARS. Gdy wydajemy w piątek posiłki, to spotyka się naraz po 200 – 300 osób, co absolutnie wykracza poza dozwoloną liczbę zebranych. Wówczas często jest wzywana policja, która legitymuje i spisuje organizatora spotkania, czyli mnie. I na ogół na tym się kończy, ale również może być tak, że będę regularnie wzywany na przesłuchania na komisariat itd. Z tego powodu szukamy teraz innego miejsca na wydawanie posiłków. W grę wchodzą nasze szkoły, a konkretnie ich boiska i aule. Kiedyś musiałem zareagować w innej sprawie. Zimą nie ma wprawdzie mrozów, ale mimo tego temperatura spada i ludzie umierają z powodu wychłodzenia organizmu. Dlatego kiedyś rozdaliśmy 20 zestawów składanych łóżek polowych wraz z nowymi kocami i kołdrami. I oto przyszedł do mnie jeden z obdarowanych, zziębnięty do szpiku kości, i opowiedział mi ze łzami w oczach, że służby oczyszczania miasta sprzątając teren zabrały ze sobą cały jego mizerny dobytek. Wtedy nie wytrzymałem. Poszedłem na główny komisariat policji, zażądałem rozmowy z ich rzecznikiem. Nakrzyczałem na niego porządnie, wygarnąłem mu bezmyślność i bezczynność urzędników wobec najbardziej potrzebujących. Nie wierzyłem, że coś tym zdziałam, ale przynajmniej stanąłem po stronie najsłabszych. I tak oto na drugi dzień w każdym wydaniu rządowej telewizji podano wiadomość o karach grożących każdemu, kto by zniszczył albo pozbawił bezdomnych ich miejsca do spania. Dodatkowo zaapelowano do właścicieli punktów gastronomicznych, aby resztę jedzenia, które zostało po 22.00 rozdawać wśród potrzebujących.

Co sprawia ci najwięcej radości?
Na pewno otwarcie naszych szkół dla uczniów głuchoniemych. Planujemy założyć także przedszkole z mieszanymi grupami, aby dzieci od samego początku wzrastały razem i uczyły się wzajemnej komunikacji i szacunku. Dla jednych oznacza to wyjście ze społecznej izolacji, dla drugich otwarcie się na innych, o których istnieniu często się nie wie. W 2007 r. zorganizowałem w mojej szkole Notre Dame spotkania dla imigrantów i uchodźców połączone ze wspólną kolacją. Przychodziło na te spotkania około 70 osób (głównie całymi rodzinami). Pochodzili oni przede wszystkim z Chin Ludowych oraz Indii, Pakistanu i Afryki. W szczególnie katastrofalnym położeniu są obecnie uchodźcy. Nie posiadają wizy i nie mają przez to żadnych praw cywilnych ani dostępu do pracy, oświaty czy opieki lekarskiej. Poprzez współpracę z Caritas zaangażowaliśmy wolontariuszy i fachowców, takich jak nauczyciele, lekarze i dentyści, którzy służą tym ludziom w ramach wolontariatu. Zaprosiłem też specjalistów, którzy prowadzą dla nich konkretne wykłady czy szkolenia. Każde spotkanie zaczynamy krótką modlitwą. Chcę, aby ludzie mieli świadomość, kto im pomaga. Po wielu latach praktyki „zaraziłem” tą ideą inne parafie w okolicy. Obecnie ponad 40 wspólnot parafialnych oferuje imigrantom raz w miesiącu posiłek, szkolenia i opiekę lekarską. Niektórym rodzinom pomagam już od wielu lat. Niedawno spotkałem Azira. Jest on Hindusem, który poślubił muzułmankę. W Indiach grozi za to kara śmierci. Uciekł przed nią do Hongkongu z żoną i malutkim dzieckiem. Teraz przyszło na świat ich piąte maleństwo. Pół żartem, pół serio poprosiłem go o wstrzymanie: „Azir, ja nie wyrobię na ciebie i twoją rodzinę! Nie moglibyście przestać na tej piątce potomstwa?”. A on popatrzył na mnie zdumiony: „Father, this is love!” („Ojcze, to jest miłość”) (śmiech).

Zatem na terenie naszej parafii Notre Dame wynajęliśmy i otworzyliśmy ośrodek pomocy dla tych ludzi, który otwarty jest we wszystkie dni tygodnia. W tym ośrodku każdy, niezależnie od religii, może liczyć na pomoc.
Jak Hongkong radzi sobie z pandemią?
Jak już powiedziałem, to dla nas nie pierwszyzna, przeżywaliśmy już SARS i wtedy mieliśmy prawdziwy poligon doświadczalny. Dlatego rząd kładzie silny nacisk na kwarantannę, wszystkie lekcje odbywają się zdalnie, w restauracjach trzeba trzymać dystans. W zasadzie całe miasto wygląda upiornie pusto. Problemem jest rosnąca liczba bezrobotnych, ponieważ wiele miejsc pracy jest zamkniętych, a ludzie są pozostawieni samymi sobie. Równocześnie Hongkong należy do najlepiej rozwiniętych rejonów świata i dlatego nie tracimy nadziei, że będzie lepiej.
(misyjne.pl)
W rodzinnej parafii Alfonsa Mańki OMI modlono się o błogosławieństwo dla procesu jego beatyfikacji
W Lisowicach koło Lublińa, gdzie urodził się Alfons Mańka OMI, wspominano dziś 80. rocznicę jego tragicznej śmierci w Mauthausen – Gusen. Eucharystii w kościele parafialnym przewodniczył proboszcz parafii pw. św. Jana Nepomucena – ks. Rafał Wyleżoł. Kazanie wygłosił wice-postulator procesu beatyfikacyjnego oblackiego kleryka – o. Lucjan Osiecki OMI. We Mszy świętej uczestniczyła rodzina i krewni Alfonsa oraz parafianie.
Nasz współbrat, kleryk Alfons Mańka, mając 23 lata, będąc trzy lata zakonnikiem w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej – 22 stycznia 1941 roku w obozie Mauthausen – Gusen zakończył swoje ziemskie życie, oddając je z miłości dla Jezusa, upodabniając się w swoim obozowym cierpieniu do Jezusa dźwigającego Krzyż i umierającego na Krzyżu – mówił w kazaniu ojciec Osiecki – Zresztą parę lat wcześniej kleryk Alfons napisał, że trzeba wziąć krzyż i iść za Jezusem, nie zostawiając go ani w dzień, ani w nocy, żeby na nim oddać ostatnie tchnienie. I tak się stało.
Wspominając czas przeżywania Eucharystii, wice-postulator nawiązał do godziny zgodnu młodego oblata oraz faktu, że przed śmiercią miał wyjątkową możliwość skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania. Superior lublinieckiej wspólnoty zakonnej zasugerował, że poprzez to wydarzenie kleryk Mańka może być patronem osób, które konają i pragną przed śmiercią uzyskać sakramentalne pojednanie z Bogiem i Kościołem.
W tym jubileuszowym, rocznicowym dniu, osiemdziesięciu lat od jego męczeńskiej śmierci, nie patrzymy tylko na tą ostatnią godzinę jego życia, ale całe jego życie, począwszy od lat dziecięcych, które przeżywał tutaj w Lisowicach, było poświęcone Bogu. On bardzo wyraźnie pragnął świętości. Tę lekcję musimy zapamiętać. To pytanie musimy sobie stawiać, a raczej Alfons przed nami stawia to pytanie: Czy chcesz zostać świętym? – mówił dalej kaznodzieja.
„Alfons Mańka przypomina nam – celem naszego życia jest świętość”. Jak wskazywał ojciec Lucjan, życie bez tego celu staje się bezowocne, do tego celu powołuje nas Bóg poprzez sakrament chrztu świętego i powołania, jakie realizujemy.
Wskazując na świadectwo współwięźniów, którzy widzieli Alfonsa Mańkę po śmierci, wspominając, że choć jego ciało było wyniszczone, na twarzy malowała się „anielska pogoda”, wice-postulator kontynuował:
Jest coś w człowieku, co dla zła jest niedostępne, że cierpienie, nienawiść nie pokonują człowieka, gdy człowiek jest zjednoczony z Jezusem Chrystusem, jedynym Zbawicielem świata – konkludował ojciec Osiecki.
Zobacz: [„Będę Bogu wierny aż do śmierci” – sympozjum o Alfonsie Mańce OMI, kandydacie na ołtarze]
Zobacz całe kazanie:
(pg)
"Będę Bogu wierny aż do śmierci" - sympozjum o Alfonsie Mańce OMI, kandydacie na ołtarze
Przy pomocy platformy internetowej Zoom odbyło się sympozjum poświęcone kandydatowi na ołtarze – klerykowi Alfonsowi Mańce OMI. Inicjatorem wydarzenia był o. Lucjan Osiecki OMI, wice-postulator procesu beatyfikacyjnego. Zbiegło się ono z 80. rocznicą tragicznej śmierci młodego oblata w obozie koncentracyjnym Mauthausen – Gusen.
Uczestników spotkania powitał prowincjał, o. dr hab. Paweł Zając OMI, prof. UAM. Wśród prelegentów znaleźli się oblaci, którzy zgłębiają duchowość kleryka Mańki, także w systematycznej refleksji teologicznej.
Zobacz: [Kleryk Alfons Mańka OMI – uparty na świętość]
Krótki rys historyczny na temat życiorysu kandydata na ołtarze przedstawił o. Józef Niesłony OMI z Poznania, po nim refleksję teologiczno-homiletyczną snuł o. dr Łukasz Krauze OMI – prefekt studiów Wyższego Seminarium Duchownego w Obrze. Nawiązując do opublikowanego „Dzienniczka” kleryka Mańki, wskazywał na chrystocentryczną duchowość, w oparciu o systematykę zaproponowaną w teologii przez Józefa Jungmanna – eksperta Soboru Watykańskiego II.
„Dzienniczek” może być dobrym źródłem do stworzenia konferencji ascetycznych dla wyższych seminariów, osób konsekrowanych czy kapłanów. Jest także dobrym źródłem kaznodziejskim – konstatował ojciec Krauze.

Wykładowca homiletyki w oblackim seminarium zaznaczył, że w „Dzienniczku” można zauważyć fascynację kleryka Mańki mistykami hiszpańskimi. Podał jednocześnie szereg tematów poruszanych przez autora pism, które mogą posłużyć za inspiracje do twórczości kaznodziejskiej. Są to m.in.: zmaganie się ze swoimi słabościami, droga uświęcenia, poprawne nabożeństwo do Niepokalanej, relacje z braćmi, rola milczenia, o męstwie, gorliwości, kapłaństwo na wzór kapłaństwa Chrystusa.
W referacie „Alfons Mańka w formalnej ocenie przełożonych – w świetle not dopuszczeniowych i ówczesnych dokumentów na temat oblackiej formacji” o. dr Grzegorz Rurański OMI, wykładowca prawa kanonicznego, podkreślił lakoniczność noty z nowicjatu Alfonsa Mańki.
W przypadku nowicjusza Mańki użyto zaledwie ¼ tabeli, wykorzystując jedynie pięćdziesiąt dwa słowa – wskazywał prelegent – Uważano go za dobrego nowicjusza (…) Odnośnie życia cnotami nadprzyrodzonymi uznany za wzór.

Zastanawiając się nad rozwojem duchowości młodego oblata, o. dr hab. Piotr Piasecki OMI, prof UAM, podkreślił trynitarny wymiar wzrastania w wierze kleryka Mańki. Wskazywał na alfozjańsko-sulpicjański charakter jego pobożności.
Zdumiewa nas jak szybko dochodzi do tego, co jest sednem życia zakonnego – powiedział o. prof. dr hab. Leon Nieścior OMI, kierownik Katedry Teologii Patrystycznej w Instytucie Teologii Systematycznej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
Słynny polski patrolog podkreślał ciągłość cnoty męstwa w życiu kandydata na ołtarze. Nawiązując do teologii św. Augustyna, który za jedyną cnotę w życiu chrześcijańskim uważał miłość, ojciec Nieścior zaznaczył, że męstwo w życiu Alfonsa Mańki wyrasta z miłości na kształt gałęzi z pnia drzewa.
Obszerną relację z historycznych analiz, dotyczących męczeńskiej śmierci oblackiego kleryka, przedłożył o. Robert Wawrzeniecki OMI, sekretarz wykonawczy Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce.

Wskazując na zachowane świadectwa z pobytu oblata w obozie koncentracyjnym, ojciec Wawrzeniecki podkreślał ewangeliczną postawę młodego zakonnika.
Patrząc na postawę Alfonsa Mańki można powiedzieć, że mamy do czynienia z prawdziwym „martyrem” w sensie kościelnym, czyli świadkiem.
Zobacz: [R. Wawrzeniecki OMI: Nabożeństwo do Serca Jezusowego kleryka Alfonsa Mańki OMI]
Na koniec spotkania głos zabrał o. Lucjan Osiecki OMI, wice-postulator procesu beatyfikacyjnego. Przypomniał normy watykańskie, które mają zastosowanie w przypadku sprawy Alfonsa Mańki. Przedstawił też bieżący stan postępowania przygotowawczego, którego finałem będzie „nihil obstat” Stolicy Apostolskiej, a następnie oczekiwanie na rozpoczęcie procesu diecezjalnego.
Podsumowując sympozjum, prowincjał podziękował uczestnikom sesji, żywiąc jednocześnie nadzieję, że w krótkim czasie Polska Prowincja dzielić będzie radość uczestniczenia w pierwszym posiedzeniu trybunału w procesie diecezjalnym.
Alfons Mańka OMI (1917-1941) – urodził się w Lisowicach k. Lublińca. Podobnie jak jego starszy brat Piotr, wstąpił do Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 1938 r. w domu nowicjatu w Markowicach. Następnie skierowany do scholastykatu Krobii na studia filozoficzne. Po ukończeniu pierwszego roku, ze względu na zbliżającą się wojnę, przeniesiony wraz z klerykami do domu markowickiego. W maju 1940 roku umieszczony przez nazistów w obozie przejściowym w Strzelinie k. Mogilna. Trafia do obozu koncentracyjnego w Mauthausen – Gusen, gdzie zostaje zamordowany 22 stycznia 1941 roku.
Od 10 września 1937 do 21 kwietnia 1939 r. sporządza swoje osobiste, duchowe notatki, które tworzą zbiór siedmiu zeszytów. Opisuje w nich pracę nad sobą w dążeniu do świętości. Zapiski Alfonsa są świadectwem jego heroicznej postawy w nabywaniu cnót i głębokiego zjednoczenia z Chrystusem. Drogi jego duchowego rozwoju wielokrotnie krzyżowały się z postacią bł. Józefa Cebuli OMI.
(pg)
Prezentujemy oblackie placówki w Polsce - Zahutyń [dron]
Parafia Zahutyń położona jest tuż za Sanokiem, kierując się w stronę Bieszczad. W kościelnej administracji należy do Archidiecezji Przemyskiej. Historyczne korzenie miejscowości sięgają XIV wieku. Do siedemnastego stulecia funkcjonowała tutaj cerkiew prawosławna. W wyniku podpisania Unii Brzeskiej wszyscy mieszkańcy Zahutynia przeszli na katolicki obrządek unicki. Ostatnia drewniana cerkiew pw. św. Kosmy i Damiana została zniszczona w 1945 roku. Po wojnie wybudowano tutaj drewnianą świątynię obrządku łacińskiego pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, a posługę duszpasterską pełnili w niej kapłani z Sanoka.
2 sierpnia 1979 roku bp Ignacy Tokarczuk erygował samodzielną parafię w Zahutyniu wraz z kościołem filialnym w Dolinie (obecnie część miasta Zagórz). Duszpasterzami zostali Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej.
(pg)
Kędzierzyn-Koźle: Wspólne kolędowanie z zespołem Tiako
Parafia pw. św. Eugeniusza de Mazenoda w Kędzierzynie-Koźlu zaprasza na koncert kolędowy w wykonaniu zespołu parafialnego Tiako. Wydarzenie będzie transmitowane przez profil facebookowy parafii oraz crosspostowane na profilu Polskiej Prowincji.
To ostatnia szansa na wspólne kolędowanie - tłumaczy Łukasz Gawin z zespołu Tiako.
Usłyszymy kolędy w ciekawych aranżacjach - zapowiada zespół.
Tiako narodził się jako młodzieżowy zespół muzyczny przy oblackiej parafii w Kędzierzynie-Koźlu. Działa od 2007 roku, w 2013 roku wydał pierwszą autorską płytę "Uskrzydlić duszę". Nazwa formacji pochodzi z języka malgaskiego i oznacza "kocham".
(pg)
Katowice: Oblacki pomysł na kolędę on-line
Przez najbliższe dwa tygodnie duszpasterze z katowickiej Koszutki będą spotykać się z parafianami w formie on-line. Obok praktykowanego w wielu parafiach w Polsce spotkania kolędowego w kościele, oblaci zapraszają do rozmowy z kapłanem. Chodzi o stworzenie przestrzeni na rozmowę duszpasterską, na którą nie ma okazji podczas spotkań w świątyni.

Postanowiliśmy w tym roku dać ludziom możliwość połączenia się z nami za pośrednictwem Internetu - tłumaczy o. Piotr Prauzner-Bechcicki OMI, wikariusz parafialny z Koszutki.
Duszpasterze będą pełnić dyżury od poniedziałku do piątku w godzinach 19.30-21.00. Parafianie mogą łączyć się z nimi za pomocą platformy ZOOM.
(pg)