Przyznam się, że dziś późno otrzymałem wiadomość od jednego ze współbraci, że umarł kard. Roger Etchegaray… chciałoby się napisać za nazwiskiem “OMI”, ale nie był oblatem. Przez piętnaście lat sprawował duszpasterską opiekę nad archidiecezją marsylską. Był jedenastym następcą św. Eugeniusza de Mazenoda na tej stolicy.

Kiedy otrzymałem powyższą wiadomość, już wiedziałem o jego śmierci. Muszę przyznać się, że od razu przemknęło mi przez myśl: “Odszedł jeden z teoretyków i praktyków św. Eugeniusza”. Jako młody oblat mogłem przeczytać biografię św. Eugeniusza jego autorstwa – “Petite vie de Eugène de Mazenod”. Dziwiłem się wtedy, że nie była autorstwa oblata, ale księdza diecezjalnego. Tak, jakby szukał w postaci Eugeniusza inspiracji do swojej posługi…

Świętej pamięci kardynał Etchegaray był bliskim współpracownikiem św. Jana Pawła II. Może dziwić fakt, że papież-Polak powierzał mu najbardziej newralgiczne zadania i misje. A może nie powinno to dziwić? Jeśli spoiwem ich duchowego spojrzenia jest właśnie Eugeniusz? Przecież Jan Paweł II trzymał relikwie Eugeniusza na swoim biurku i uczynił go swoim osobistym patronem do spraw nowej ewangelizacji… Podobnie kardynał Etchegaray postępował w sposób nietuzinkowy – szukając człowieka na peryferiach, o których mówi dziś papież Franciszek…

Kiedyś niepobożnie żartowałem, że Marsylia miała dwóch świętych biskupów – św. Łazarza (jeśli rzeczywiście dotarł do tego miasta) i św. Eugeniusza. Dziś, im bardziej spoglądam na postać śp. kardynała Etchegaray’a, zastanawiam się, jak bardzo świętość poprzednika może być “zaraźliwa”. I dobrze… Zarówno Jan Paweł II jak i zmarły biskup Marsylii, chcieli dokonać w swoim życiu tego, co uczynił Eugeniusz. W życiu obu widać pasję “człowieka z Aix”. Oby i w naszym była ona widoczna…

(pg)