Ojciec Jean-Marie Lejacq… oko w oko z niedźwiedziem!

Ze wszystkich misjonarzy oblatów, którzy zanieśli Dobrą Nowinę amerykańskim Indianom w Kolumbii Brytyjskiej, wydaje się, że największe i najgłębsze wrażenie wywarł ojciec Jean Marie Lejacq. Jeszcze dzisiaj, po dwóch lub trzech pokoleniach, potomstwo plemienia Tragarzy, Wargi i Mieszkańców Skał wciąż stanowczo uważają, iż ten oblat był prawdziwie autentycznym świętym.

Ojciec Lejacq, z pochodzenia Bretończyk, urodził się w 1837 roku w Finistère, zaś do Oblatów w Notre-Dame de l’Osier wstąpił 1860 roku. Dwa lata później był wyświęcony na kapłana w Marsylii i po roku wysłany do Kanady. Przez ponad trzydzieści lat przemierzył całą Kolumbię Brytyjską w pełnym znaczeniu tego słowa. Dodatkowo, posługiwał się nie tylko językiem francuskim i angielskim, lecz także pięcioma lub sześcioma dialektami indiańskimi. Jego oddanie nie znało granic. Aby odwiedzać swoich Indian przemierzał wiele kilometrów, nosząc na plecach płaszcz, przenośny ołtarz, jedzenie i jeszcze wiele innych rzeczy. Przyznano mu tytuł Księcia misjonarzy Indian amerykańskich.

Był on dla Indian tym, kim dla Irlandczyków święty Patryk. Ochrzcił setki osób, a wiara, którą im pozostawił, była głęboko zakorzeniona. „Byli oni zaszczepionymi katolikami”, twierdził z niechęcią kapłan protestancki, mówiąc o Indianach ojca Lejacq. Jeżeli zapytamy się Indian Kamloops lub Indian jeziora Stuart: Kto był waszym najlepszym misjonarzem? Który z nich uczynił wam najwięcej dobra? Odpowiedzą bez zwlekania: „Ojciec Lejacq”.

Opowiadania, które wciąż mówią o nim, są prawie legendą. Anegdota, którą opowiada się najczęściej, dotyczy niedźwiedzia, który towarzyszył ojcu na pewnej ścieżce. Oto ta historia.

Pewnego dnia, czcigodny ojciec i czterech Indian ruszyło w drogę, aby przemierzyć 240 kilometrów, które prowadziły ich do jeziora Ootsa. Indianie dobrze sobie radzili podczas marszu, podczas gdy ojciec Lejacq zostawał trochę w tyle, zaabsorbowany modlitwą  brewiarzową. Nagle, dowódca marszu spostrzegł dużego niedźwiedzia grizzly, który kierował się wprost w ich stronę. Czterech z plemienia Mieszkańców Skał uciekło w pospiechu, podczas gdy osoba w czarnej sutannie wciąż kontynuowała swoją drogę, ignorując niebezpieczeństwo. Niedźwiedź wciąż się zbliżał. Kiedy znaleźli się kilka kroków od siebie, ojciec całkowicie naturalnie oderwał oczy od brewiarza i pokazywał go niedźwiedziowi, jakby zapraszał go do wspólnej modlitwy. Zwierzę głośno sapnęło, odwróciło się plecami i zaczęło iść przed o. Lejacq, jak dyby chciało mu wskazać drogę. Nie opuściło ojca, aż do momentu, kiedy zbliżyli się do mieszkańców. Przez ten czas, Indianie z ciekawością przyglądali się tej scenie, trzymając się jednak ostrożnie z daleka. Gdy przybyli do obozu, postarali się, aby opowiedzieć tą niewiarygodną przygodę ojca Lejacq i niedźwiedzia z najmniejszymi szczegółami.

Innym razem przyszli szukać misjonarza w środku zimnej nocy, aby ochrzcił Indiankę w Soda Creek. Ta biedna kobieta nie mogła wcześniej otrzymać chrztu, ponieważ żyła w konkubinacie z białym mężczyzną. Ojciec wyjechał konno w 30 stopniowym mrozie. W połowie drogi zrobił postój w jednym z obozów, aby się trochę ogrzać. Jego nogi były sztywne i w niektórych miejscach już odmrożone. Indianie próbowali wszystkimi sposobami zatrzymać ojca u siebie. Nie udało się. Ojcu zależało, aby się udać w drogę do tej biednej, chorej kobiety.

Przed jego przybyciem grupa ludzi przyszła do niego, mówiąc: „Jest za późno, umarła”. Ojciec znalazł ją rzeczywiście nieświadomą, bliską śmierci. „Agatha, amota! – Agatha, podnieś się!” – powiedział do niej. Stara Indianka otworzyła oczy i usiadła na swoim łożu. Oblat ją ochrzcił i rozpoczął się modlić. Agatha nagle upadła na ziemię i zmarła.

Oddanie ojca Lejacq podbiło wszystkie serca. Zawsze ich witał z tak szerokim uśmiechem, że Indianie mogli o nim mówić: „Przed powiedzeniem dzień dobry, ojciec Lejacq pokazywał nam swoje zęby, aż do ostatniego”. Z powodu raka jelit trafił do szpitala w New Westminster, gdzie jako pokorny i dzielny misjonarz umarł 23 stycznia 1899 roku, opłakiwany przez Indian, jak i białych z całej prowincji.
André DORVAL OMI