Oktawa, której formalnie nie ma, a jednak ją obchodzimy

Uroczystość Bożego Ciała przypada w pierwszy czwartek po niedzieli Trójcy Przenajświętszej. Należy do najważniejszych uroczystości Kościoła katolickiego. Dlatego przez wieki obchodzono także oktawę tej uroczystości. Dziś nie istnieje, a jednak jest obchodzona w Kościele w Polsce. Sprawdzam, jak do tego doszło.

Skąd się wzięły oktawy?

Oktawa jest skrótem łacińskiego wyrażenia „dies octava”, czyli „dzień ósmy”. Jest to przedłużenie obchodów uroczystości roku liturgicznego na cały tydzień. W pierwszych wiekach Kościoła chrztu udzielano tylko w Noc Paschalną. Po przyjęciu chrztu konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia. I tak powstała oktawa – przez 7 dni po chrzcie odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Dni Oktawy Paschalnej są tak ważne w liturgii, że nie ustępują nawet przed uroczystościami. W istocie rzeczy bowiem to sama uroczystość wielkanocna trwa aż osiem dni.

Procesja Bożego Ciała w oblackiej parafii w Opolu (zdj. OMI Opole)

Kiedyś oktaw było kilkanaście. Powstawały one, kiedy przybywało kandydatów do chrztu i zwiększano liczbę świąt, w które ich udzielano. Między innymi było to święto (dziś uroczystość) Bożego Ciała, dlatego też istniała oktawa Bożego Ciała. Ale reforma liturgiczna z 1969 r. zostawia tylko dwie.

Oktawa Bożego Ciała w liturgii rzymskiej istniała do 1955 r. (Decretum generale de rubricis ad simpliciorem formama redigendis). Dekret z 1955 r. pozostawia jedynie oktawy: Bożego Narodzenia, Wielkanocy i Zesłania Ducha Świętego. W 1969 r. zniesiono także oktawę Zesłania Ducha Świętego – mówi o. Kazimierz Lijka OMI, liturgista.

Skoro oktawa została zniesiona, to dlaczego mamy w Polsce?

Oktawa została zniesiona przez papieża Piusa XII, jednak na prośbę Episkopatu Polski w naszym kraju został zachowany zwyczaj obchodzenia oktawy, jednak nie ma ona już charakteru liturgicznego. Jedynie zwyczajowo mówi się o oktawie Bożego Ciała. Bardzo mnie jednak interesowało to, jaka jest różnica między oktawą o charakterze liturgicznym a oktawą zwyczajową. Znów zapytałam więc eksperta, liturgistę, oblata Maryi Niepokalanej, o. Kazimierza Lijkę.

W Polsce dekrety Kongregacji z 1961 roku i z 1968 r. pozwalały zachować zwyczaje związane z oktawą Bożego Ciała, ale nie mówi się w nich, że zachowuje się oktawę, bo taka już prawnie nie istnieje. 11 marca 1987 r. ukazała się Instrukcja Episkopatu Polski o kulcie i Tajemnicy Eucharystycznej poza Mszą Świętą, gdzie podano: „Należy również zachować procesje odprawiane przez 8 dni po uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa oraz procesję w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa tam, gdzie jest taki zwyczaj”. Tak więc mimo zniesienia oktawy w 1955 r., w Polsce przez wszystkie następne lata zwyczaje tej oktawy były zachowane.

Ojciec Lijka mówi, że podobnie wygląda to w kalendarzach liturgicznych.

Kalendarze  liturgiczne diecezji polskich mówią o tradycyjnej „oktawie”. Termin: oktawa jest pisany w cudzysłowie. Potocznie mówimy nieraz o tzw. oktawie Bożego Ciała (…). Nazwa „oktawa Bożego Ciała” nie istnieje w posoborowych księgach liturgicznych. W praktyce zachowane zwyczaje liturgiczne w Polsce są bardzo podobne do tych sprzed 1955 r. Obecnie kalendarze liturgiczne w Polsce mówią o mszy św. wotywnej o Najświętszej Eucharystii z Nieszporami i o procesji eucharystycznej.

(misyjne.pl)


Gorzów Wlkp: Animacja misyjna w oblackiej parafii

Dyrektor Prokury Misyjnej, o. Marek Ochlak OMI, spotkał się z Przyjaciółmi Misji Oblackich w Gorzowie Wielkopolskim. Korzystając z przypadającej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, w oblackiej parafii odbyła się animacja misyjna. Wierni nie tylko mogli usłyszeć o misjach, ale również zaopatrzyć się w różne przedmioty z nimi związane.

Prokura Misyjna wzięła również udział w tradycyjnej procesji eucharystycznej.

 

(pg/zdj. M. Ochlak OMI)


Opole: Pierwsza historyczna procesja Bożego Ciała

Parafia pw. św. Jana Pawła II w Opolu została erygowana przez biskupa opolskiego w 2019 roku. W pierwszym roku funkcjonowania wspólnoty procesja Bożego Ciała się nie odbyła. W kolejnych latach uniemożliwiła jej organizację pandemia. W tym roku zrodziła się inicjatywa wspólnego świadectwa wiary dwóch parafii – św. Jacka oraz oblackiej wspólnoty. Przygotowania zaangażowały duszpasterzy i wiernych obu Kościołów. Między innymi powstał połączony chór pod dyrekcją o. dr. Krzysztofa Tarwackiego OMI, muzykologa z opolskiej wspólnoty oblackiej. Uroczystości rozpoczęły się w kościele św. Jacka w Opolu – Kolonii Gosławickiej, następnie ruszyła procesja eucharystyczna ulicami obu parafii aż do tymczasowej kaplicy pw. św. Jana Pawła II.

Dla mnie to wielka radość – wyjaśnia o. Damian Dybała OMI, proboszcz oblackiej wspólnoty – parafia-Matka i parafia-Córka są czymś jednym. Razem idziemy za Jezusem i z Jezusem. Współpracujemy. Mamy wspólny cel. Dziękuję wszystkim: księżom, ojcom i wszystkim parafianom.

(pg/zdj. OMI Opole)


Łeba: Procesja Bożego Ciała drzewiej...

Pierwszy kościół w Łebie pw. św. Mikołaja powstał w XIV wieku, dzisiaj nie istnieje – odszedł w meandry historii wraz ze starą Łebą. W nowym mieście, po czasach reformacji i wielowiekowym funkcjonowaniu wspólnoty ewangelickiej, pierwszą parafię katolicką założyli misjonarze oblaci w 1946 roku. Objęli przekazany przez ewangelików barkowy kościół z 1683 roku z osiemnastowieczną wieżą szachulcową. Na prośbę proboszcza, o. Mieczysława Cieślika OMI, światowej sławy niemiecki ekspresjonista i mieszkaniec Łeby – Max Pechstein – ufundował obraz Matki Bożej Gwiazdy Morza. Malowidło wykonane jest na prześcieradle, przy użyciu farb do malowania kutrów rybackich. W świątyni znajduje się ponadto replika trójmasztowej fregaty z 1890 roku, która pierwotnie zdobiła kościół św. Mikołaja. Oblacka parafia przejęła również kult patrona ludzi morza – biskupa Miry. Pięknym symbolem owej kontynuacji jest fakt, że do budowy obecnej świątyni użyto także materiałów z kościoła, zniszczonego przez sztormy w 1558 roku. O pobożności ku czci św. Mikołaja przypomina obraz w prezbiterium, a także coroczny odpust ku jego czci i towarzyszący mu “Festiwal Pomuchla” (dorsza). Od początku swojej obecności w Łebie, misjonarze oblaci organizują w okresie letnim tzw. wczasorekolekcje.

Oblackie placówki w Polsce – Łeba [droncast]

(pg/zdj. Biblioteka Miejska w Łebie)


Trwa spotkanie przedkapitulne w Aix

W domu macierzystym Zgromadzenia w Aix-en-Provence trwa spotkanie przed Kapitułą Generalną Zgromadzenia planowaną na wrzesień-październik br. Uczestniczą w nim przedstawiciele poszczególnych prowincji regionu europejskiego. Polską Prowincję reprezentują: o. Paweł Zając OMI – prowincjał, o. Roman Tomanek OMI z domu zakonnego w Warszawie, o. Wojciech Popielewski OMI – przełożony wspólnoty oblackiej w Gdańsku i br. Wiesław Ratajczak OMI – asystent ekonoma prowincjalnego. Spotkanie potrwa do niedzieli.

(pg/zdj. OMI Aix, F. Rehbock OMI)


Wolontariusze otworzyli bibliotekę na Madagaskarze

Na Czerwoną Wyspę wyruszyli w kwietniu br. Celem ich podróży była oblacka misja w Masomeloka. Miejscowość mocno ucierpiała w wyniku ostatniego cyklonu Batsirai. Anna i Paweł przygotowywali się do wyjazdu na misje w ramach Oblackiego Wolontariatu Misyjnego „Niniwa”. Na Madagaskarze mają spędzić kilka miesięcy.

Niniwa: Wolontariusze ruszyli na Madagaskar

Niecodzienny pomysł

Wolontariusze z Polski wpadli na wyjątkowy pomysł. Postanowili stworzyć bibliotekę szkolną. Na realizację projektu otrzymali jedną z drewnianych chat. Przy pomocy miejscowego stolarza przygotowane zostały półki. Skompletowano księgozbiór, który następnie ostemplowano i przygotowano rejestr wypożyczeń.

Mieliśmy z Anią obawy, czy nasz pomysł wypali. Na Czerwonej Wyspie czytanie nie jest popularne. Mało który Malgasz może sobie pozwolić na zakup drogich, jak na miejscowe warunki, książek Do tego dochodzi wysoki poziom analfabetyzmu i mała liczba lektur przetłumaczonych na język malgaski – dzielił się swoimi obawami Paweł Ratkowski.

(zdj. P. Ratkowski)

Obawy okazały się bezpodstawne

Pozostawała kwestia, czy inicjatywa spotka się z zainteresowaniem miejscowej ludności. Wolontariusze zachodzili w głowę, jak rozpropagować ideę korzystania z nowej instytucji w wiosce. Jednak bardzo szybko zdali sobie sprawę z bezpodstawności swoich obaw. Na otwarcie biblioteki przyszły tak wielkie tłumy, że musieli wprowadzić rotacyjne korzystanie z jej zasobów.

Już w dniu otwarcia, okazało się, że nasze obawy były nieuzasadnione. Do biblioteki przychodziły tłumy uczniów, a chętnych do wypożyczenia książek było tyle, że musieliśmy wprowadzić tury – wspomina wolontariusz z Polski.

Księgozbiór został wzbogacony m.in. w gry i rysowanki, które młodzi ludzie przywieźli ze sobą z ojczyzny.

Praca bibliotekarza w naszej szkole, nie ma w sobie nic ze spokoju i ciszy znanej z polskich czytelni. Porównalibyśmy ją raczej do pracy przy młocie pneumatycznym Ale to dobrze, niech biblioteka tętni życiem jak najdłużej! – zdradzają wolontariusze.

Dalsze marzenia

Ania i Paweł planują dalszy rozwój placówki.

Teraz planujemy doposażyć bibliotekę o kolejne książki. Chcemy kupić atlasy (dzieci nawet jak nie umieją czytać, to uwielbiają oglądać obrazki) oraz podręczniki do historii i geografii.

W tym celu Anna Zająkała i Paweł Ratkowski utworzyli zbiórkę środków (KLIKNIJ TUTAJ), aby rozszerzyć ofertę edukacyjną nowej szkolnej biblioteki. Działalność wolonatriuszy „Niniwy” pokazuje, jak wiele można zmienić w życiu na misjach przez odważną realizację niekiedy prostych marzeń, do których w Polsce mamy nieograniczony dostęp.

(pg/zdj. P. Ratkowski)


Iława: Młodzież przygotowała kwietny dywan

W iławskiej parafii misjonarzy oblatów młodzież ze wspólnoty „Niniwa” przygotowała dywan z kwiatów na uroczystość Bożego Ciała. Prace trwały od kilku dni. Najpierw należało odwiedzić parafian, którzy zgłosili chęć podarowania płatków i całych kwiatów z przydomowych ogródków. Bezpośrednim przygotowaniem była zeszły wieczór i noc, gdy pod okiem o. Piotra Osińskiego OMI powstała wielobarwna konstrukcja. W przygotowanie dywanu włączyli się także kandydaci do sakramentu bierzmowania.

(pg/zdj. OMI Iława)


Sri Lanka: Uczcili założycieli jednej z najstarszych szkół w kraju

Na dziedzińcu Kolegium św. Józefa w Kolombo stanął monument upamiętniający założyciela i dwóch rektorów tej katolickiej, bezpłatnej szkoły w stolicy kraju. Wszyscy trzej byli Misjonarzami Oblatami Maryi Niepokalanej. Placówka powstała w 1896 roku z inicjatywy biskupa Christophera Ernesta Bonjeana OMI. W roku bieżącym obchodzi 126. rocznicę istnienia.

Od lewej: o. Charles Collin OMI - pierwszy rektor, bp Christopher Ernest Bonjean OMI - założyciel, o. Maurice Legoc OMI - czwarty rektor placówki (zdj. OMIWorld)

Szkoła utrzymuje się w głównej mierze z dotacji prywatnych. Rząd Sri Lanki nie gwarantuje bezpłatnego dostępu do edukacji, pomimo faktu, że analfabetyzm w kraju w 2015 roku przekraczał 96%.

Wśród absolwentów placówki byli m.in.: kard. Thomas Cooray OMI - pierwszy lankijski kardynał oraz Ranasinghe Premadasa - trzeci prezydent kraju.

(pg)


Tomasz Maniura OMI: Kto kocha – szuka sposobów, kto nie kocha – szuka wymówek

Ojciec Tomasz Maniura OMI jest misjonarzem oblatem i Prowincjonalnym Duszpasterzem Młodzieży. Osiemnaście lat temu założył wspólnotę dla młodzieży NINIWA, w ramach której prowadzona jest nie tylko ewangelizacja i formacja. Organizowany jest przez nią m.in. Festiwal Życia, który na cały tydzień przyciąga tłumy młodzieży. NINIWA to też wielotygodniowe wyprawy rowerowe, w czasie których uczestnicy dotarli z Polski nawet w głąb Syberii.

Poświęcenie kaplicy Oblackiego Centrum Młodzieży w Kokotku [ZDJĘCIA]

Piotr Ewertowski (misyjne.pl): Czy młodzież dzisiaj jest zła?

o. Tomasz Maniura OMI: – Nie (śmiech). Nie, nie jest zła. Jeśli mielibyśmy już tak myśleć, że trzeba kogoś obarczyć odpowiedzialnością, to ja bym bardziej powiedział, że to dorośli nie postępują właściwie. Człowiek sam w sobie rodzi się dobry, a młodzi są w dużej mierze tacy, jakimi ich uczynili dorośli. Młodzież ma takie wartości, jakie przekazali im (lub nie przekazali) dorośli. Dlatego młodzież jest właśnie taka jaka jest. Na pewno dzisiejsza młodzież jest pokoleniem bardzo porzuconym przez dorosłych. Jest to bardzo samotne pokolenie. Dlatego często są tacy zagubieni i opuszczeni. Jeśli rodzice nie mają czasu dla dzieci, to ich po prostu nie wychowają. Choćby wysłali ich na najlepsze studia, kursy językowe, do elitarnych szkół – to w żadnym wypadku nie zastąpi to czasu, który rodzice powinni poświęcić dzieciom.

Zjazd młodzieży "Niniwy" w Lublińcu (zdj. P. Gomulak OMI)

Identycznie jest z duszpasterzami. Dlaczego często w Kościele nie ma młodzieży? Będziemy mieli w Kościele tyle młodzieży, ile mamy dla niej czasu, ile mamy z nią kontaktu. Młodzież ma dobre pragnienia, chcą dobrze żyć, większość myśli perspektywicznie, ale często robią to po omacku, bo nie ma ich kto poprowadzić.

Jak dotrzeć do tej młodzieży z Ewangelią? Jak można burzyć mosty między nią a duszpasterzami?

Normalnie, przez ludzkie spotkania i budowanie relacji. Po prostu spotykać się z nimi, nic innego. Oczywiście, nie ma to polegać na tym, że ksiądz ogłosi w parafii, że odbędzie się spotkanie dla młodzieży w piątek o 19. No i potem młodzież jest zła, bo nie przyszła (śmiech). Wiadomo, że taki ktoś nic nie pojął. Kiedy mówimy, że trzeba spotykać się z młodymi, to trzeba iść tam, gdzie oni są. Trzeba mieć czas na szukanie młodych, bo ich dziś często w Kościele nie ma, ale to nie jest ich wina. Jak rodzicie w domu do kościoła nie chodzili, nigdy się nie modlili i o Bogu nie mówili, to nie można odpowiedzialnością za to obarczać młodych. Jak ksiądz będzie twierdził, że młodzież jest zła, bo do kościoła nie chodzi, a zarazem sam aktywnie jej nie szuka, to znaczy, że tej młodzieży nie kocha. Istnieje taki prosty mechanizm: każdy, kto kogokolwiek kocha, szuka sposobu dotarcia do tej osoby; kto kocha – ma wyobraźnię. A kto nie kocha, ten szuka powodu, żeby się nie spotkać.

Istnieje taki prosty mechanizm: każdy, kto kogokolwiek kocha, szuka sposobu dotarcia do tej osoby; kto kocha – ma wyobraźnię. A kto nie kocha, ten szuka powodu, żeby się nie spotkać.

Jednak samo spotkanie to nie wszystko. Nie można przyjść i od razu z pozycji autorytetu mówić im o Panu Jezusie.

Po pierwsze nie można ich oskarżać, trzeba ich przyjąć takimi jakimi są i tam gdzie są. Młodzi mogą mieć różne dobre pragnienia i zainteresowania. Część z nich interesuje się muzyką albo sportem lub jeszcze czymś innym. Każdy ma jakieś zajęcia. Jak ksiądz coś chce przekazać młodzieży, to najpierw się musi spotkać i być tam, gdzie oni są. Przecież my też mamy jakieś zainteresowania i trzeba to wykorzystać. Można spotkać się z młodymi na rowerach, na tenisie – możliwości jest dużo. To jest sposób przyjęcia człowieka. W czasie takiego spotkania naturalnie trzeba rozmawiać i dzielić się swoim życiem. Ktoś opowiada o ulubionej muzyce albo o swoim rodzeństwie, ksiądz też mówi o swoim życiu, w którym obecne są wiara i Bóg.

Rozumiem zatem, skąd pomysł na wyprawy rowerowe. Chodzi o spotkanie się z młodymi na bliskim im gruncie.

Dokładnie tak! Tak się zaczęły te wyprawy. To była odpowiedź na potrzebę duszpasterską. Była ekipa młodych, którzy jeździli na rowerach, ale nie chodzili do kościoła. Moja rolą jako księdza jest podzielić się z nimi wiarą. Aby to robić, zacząłem z nimi jeździć na tych rowerach.

Tomasz Maniura OMI: Młodzi mówią, że nie chcą żyć jak ich rodzice [ROZMOWA]

Takie podejście staje się coraz popularniejsze. W parafiach organizowane są biegi, po których rozważa się Pismo Święte, są zajęcia sportowe dla młodzieży. Domyślam się, że jak Ojciec zaczynał organizować wyprawy rowerowe 16 lat temu, to nie zawsze spotykało się to z przychylnością kościelnego otoczenia.

Oczywiście, że były różne reakcje. W tamtych czasach na pomysł, żeby jechać na parę tygodni z młodymi wielu ludzi patrzyło z rezerwą, niektórzy wręcz negatywnie. Mało kto uważał to za sensowne zajęcie dla księdza, zakonnika i oblata. Tak jest zawsze, jak się robi coś nowego. To rozbudza emocje. Ludzie zaczynają się zastanawiać, po co to wszystko. Niektórzy twierdzili, że to na pewno słomiany zapał, który zaraz mi przejdzie. Mówiąc obrazowo – jak się ludzie przedzierają przez busz, to najbardziej pokaleczy się ten, kto idzie pierwszy, bo musi tę ścieżkę wydeptać i pościnać krzaki. W tym wypadku to nie są zranienia fizyczne, ale różne oskarżenia i złośliwości. Taki mechanizm występuje także w Kościele, który jest instytucją tradycyjną, mocno rozbudowaną i zinstytucjonalizowaną. Samo w sobie to nie jest złe, ale jednocześnie często nie ma za dużo przestrzeni na robienie czegoś nowego, bo jak ktoś zaczyna, to pojawiają się podejrzenia – dlaczego to robi i o co mu w ogóle chodzi.

Zjazd młodzieży "Niniwy" w Lublińcu (zdj. P. Gomulak OMI)

Spotykamy młodzież na gruncie ich zainteresowań i budujemy z młodymi relację. Jak wtedy wygląda ewangelizacja? Rozumiem, że to nie może być zwykłe charyzmatyczne nauczanie. To nie wystarczy.

Charyzmatyczne nauczanie to tylko część. To nie jest cała ewangelizacja, lecz jeden z etapów początkowych. Ja nie neguję charyzmatycznego nauczania. Wręcz przeciwnie, uważam, że to ważny pierwszy krok. Tak jak młodzi zaczynają budować piękną relację i otwierają się na siebie, bo się zauroczyli sobą. Jeżeli tę więź zostawimy na tym poziomie, to nic z tego nie będzie. Podobnie z charyzmatycznym nauczaniem, jest ono bardzo potrzebne, ale jakby tylko na tym poprzestać, to ten człowiek tak naprawdę cały się nie nawróci. On musi po tym nauczaniu podjąć jakąś decyzję woli, podjąć jakaś pracę nad sobą, włożyć nawet pewien wysiłek fizyczny. Przychodzi czas budowania relacji z Bogiem przez codzienną modlitwę, sakramenty.

No właśnie, przychodzi zwykła codzienność. Ja mam wrażenie, że czasem ewangelizacja wśród młodzieży zbyt mocno skupia się na emocjach. Oczywiście, młodzież potrzebuje pewnych bodźców, żeby ją w ogóle zainteresować, ale przecież na uczuciowości nie można oprzeć wiary. Jak w tym znaleźć równowagę?

Trzeba na człowieka spojrzeć bardzo całościowo. W wizji chrześcijańskiej człowiek jest jednością ciała i duszy. Rozróżniamy cztery podstawowe sfery człowieka: fizyczną, psychiczną, intelektualną (wola, rozum) i duchową. Prawdziwa ewangelizacja ma dotyczyć całego człowieka, czyli powinny w niej występować wszystkie te elementy. Wystarczy popatrzeć na Pana Jezusa: nauczał, oddziałując na intelekt, wpływał też na emocje – nieraz szokował i zaskakiwał, obecny był aspekt fizyczny, bo uzdrawiał. W ewangelizacji Jezusa przejawiały się wszystkie sfery, które budują człowieka.

Uważam, że emocje też są istotne w głoszeniu Ewangelii, ale nie można na nich poprzestać. Często, żeby ktoś w ogóle wszedł na jakąś drogę, to potrzeba właśnie emocji. Jak ludzie się zakochują w sobie to w pierwszym etapie te emocje często są najważniejsze. Pojawia się zachwyt i zauroczenie. Natomiast miłość to coś więcej, to decyzja, czy chcę kochać druga osobę. Nie może być przewartościowania w jedną ani w drugą stronę. Tutaj nie ma wyboru – albo emocje, albo bez nich. Trzeba ewangelizować całego człowieka.

Wśród młodych wierzących – i mówię tutaj także o swoim pokoleniu – zauważam tendencję do pewnego nieuporządkowania. Potrafimy mocno angażować się we wspólnotę przy parafii, a jednocześnie zaniedbywać inne sfery życia. Nie można wtedy być przecież świadkiem wśród rówieśników. Czy Ojciec takie dostrzega takie „rozmemłanie”?

Jest to, niestety, prawdziwa obserwacja. Czasami młodym wierzącym, nawet jak się zaangażują we wspólnotę, brakuje konkretnego życia wiarą w takich przestrzeniach jak rodzina, praca, zaangażowanie społeczne. To jest generalnie problem młodych, wierzących i niewierzących. Oni są już wychowani w świecie dobrobytu. Dzisiejszym 20-latkom niczego nie brakowało. Mieli dużo słodyczy i zabawek oraz w wielu wypadkach wychowywani byli „bezstresowo”. Wolno im było wszystko, a nauczyciel dla wielu z nich nie był żadnym autorytetem i nie mógł sobie na wiele pozwolić. To jest pokolenie, które jest nauczone w dużej mierze wygody i roszczeniowej postawy życiowej. To jest problem.

(zdj. P. Gomulak OMI)

A jeśli mówimy o ludziach wierzących, to jeśli ktoś naprawdę wierzy, to wiara go zawsze będzie popychała do zaangażowania. To jest znak autentyczności wiary. Bo jak się wierzy Bogu, to się Go słucha, a Bóg przecież ciągle wzywa człowieka do życia w pełni. Jezus, będąc na ziemi, żył bardzo konkretnie – angażował się w relacje, pomagał ludziom, uzdrawiał, nauczał, przywracał ludziom sens życia. Całe tłumy do niego lgnęły, nawet Jego Matka nie mogła się „dopchać”, żeby się z Nim spotkać. Dlatego ludzie, którzy naprawdę odpowiadają w życiu na Boże wezwanie, naśladują życie Chrystusa. Weźmy tak mocny przykład jak Matka Teresa z Kalkuty. Jeśli w sposobie życia nie widać wiary, to pytanie, czy ten człowiek jest naprawdę wierzący, czy to tylko jakaś pobożność.

Jest coraz więcej zaburzeń psychicznych wśród młodych ludzi. Czy zmienia to w jakiś sposób formę ewangelizacji?

Ewangelizując całego człowieka, dotyka się także jego psychiki. Inna jest psychika jest 10-latka, 15- i 25-latka. Ale psychika się zmienia także w zależności od tego, co się dzieje w życiu człowieka. Mocny wpływ miała pandemia. Młodzi niemal przez dwa lata nie chodzili do szkoły, a oni muszą mieć przecież kontakt z rówieśnikami, bo to ich rozwija. Bardzo mocno na ich psychikę wpływa też świat wirtualny. Wcześniej, przed pandemią, robiło się wszystko, żeby oni przy tych komputerach za dużo nie siedzieli, żeby wychodzili i budowali realne relacje, a nie te wirtualne. A potem kazano im przy tych komputerach siedzieć. Nie było spotkań z nauczycielami ani z kolegami. Relacje wirtualne są dużo płytsze. W internecie przekazuje się głownie informacje, natomiast budowanie więzi i bliskości jest bardzo ograniczone. Młodych to psychicznie osłabiło i spowodowało falę samotności i zagubienia. Można powiedzieć, że zostali oderwani od życia. My dzisiaj takich ludzi ewangelizujemy i to trzeba bardzo mocno uwzględnić. Kiedy Pan Jezus głosił komuś słowo, to w kontekście jego życiowej sytuacji. Pan Bóg nie mówi czegoś, co Mu się wydaje, ale mówi jak jest. To jest słowo, które dotyka życia, rzeczywistości. Jeśli chcemy głosić słowo, które przemienia, to ono musi trafić do ludzkiego serca. Na ile znasz sytuację tego człowieka, na tyle do niego trafisz. Trzeba wiedzieć, na jaką glebę rzucamy ziarno. Jeżeli dobrze rozpoznajesz sytuację psychiczną, fizyczną, intelektualną i duchową danej osoby, to słowa bardziej do niej trafiają. Wtedy można coś zasiać, żeby ten człowiek zaczął zastanawiać się i rozmawiać z Bogiem.

Czy mógłby Ojciec podzielić się jakąś historią przemiany, która dokonała się w młodym człowieku po spotkaniu z Bogiem?

Takich historii jest sporo. Na przykład dziewczyna, która do nas trafiła poł roku temu. Ona już była wierząca, ale przecież my wszyscy się ciągle nawracamy. Przyjechała do Kokotka pierwszy raz. Trafiła na nasze rekolekcje przez swojego chłopaka. Doświadczyła tutaj żywej wspólnoty Kościoła, w której faktycznie słowo Boże i wiara są przeżywane i praktykowane. To była ekipa 40 młodych – chłopaki i dziewczyny z całej Polski. Zaczęła z Panem Bogiem tak prawdziwie gadać o swoim życiu. To słowo Boże odczytywała w kontekście swojego życia i dostrzegła obszary nieuporządkowane i złe.

W nawróceniu najtrudniej jest zmienić myślenie człowieka, bo my często stawiamy siebie na pierwszym miejscu. Mówimy wtedy, że wierzymy w Boga, a tak do końca nie jest, bo w takiej sytuacji tym najważniejszym bogiem są nasze myśli. A wiara oznacza, że dajemy się Bogu poprowadzić.

Zjazd młodzieży "Niniwy" w Lublińcu (zdj. P. Gomulak OMI)

I ona w ciągu tych kilku dni przepracowała tak dużo, że rozpoczął się w niej proces głębokich zmian. Po miesiącu rzuciła tego chłopaka. Brzmi to możne dość mocno, ale nie zrobiła tego ze względu na inną osobę, lecz zauważyła, że ta relacja jest niewłaściwa. Zostawiła studia, które były bezsensowne w jej życiu. Dała się tak poprowadzić Bogu. Nie zrobiła tych rzeczy w duchu sekciarskim – że teraz tylko wspólnota, a inne aspekty życia na bok. Znalazła sobie sensowną pracę i układa swoje życie w dobry sposób. Zaczęła słuchać Boga i w jej wypadku wymagało to wielu zmian w życiu. Ten przykład pokazuje, że jak człowiek się spotyka z Bogiem, to ten fakt musi zmienić jego myślenie.

Zadam teraz dość „kontrowersyjne” pytanie. Czy Ojciec widzi potrzebę zwiększonej ewangelizacji wśród kleryków? Poszli za wezwaniem Bożym, ale niektórym z nich może się przecież tylko wydawać, że słuchają Boga.

Ja powiedziałbym tak – trzeba myśleć, czy sposób formacji jest dobry, czy formacja kleryków dotyka wszystkich sfer ich życia.  W ramach formacji jest też przecież ewangelizacja. Mam wrażenie – z mojego też doświadczenia, kiedy byłem klerykiem – że do tej pory polski model seminaryjny – bo innego nie znam – był skupiony na formacji intelektualnej i duchowej. Często nie zajmowano się formacją ludzką i emocjonalną. Zakładano z góry, że to są już dojrzali ludzie i chrześcijanie, a na przykład w przeżywaniu emocji nie zawsze tak było. Co z tego, że ktoś ma wiedzę intelektualną, nauczył się różnych medytacji i duchowości, jak nie potrafi przeżywać wiary tak po ludzku. W takim wypadku taka osoba prędzej czy później zaczyna pękać i pojawiają się różne problemy.

(misyjne.pl)